życia uczą nas doświadczenia i… przyzwyczajenia

Zawsze wiedziałam, że do wielu rzeczy człowiek może się dostosować, przyzwyczaić. Nie musimy uwielbiać swojej pracy, czasem się do niej przyzwyczajamy a z braku innego wyjścia – akceptujemy. Nie musimy wielbić swojej teściowej, szwagierki czy kogoś tam, czasem wystarczy ich tolerować. Nie musimy nawet ubóstwiać swojego wynajmowanego mieszkania, nie musi być idealne w każdym calu – czasami wystarczy, że do jakichś wad przywykniemy.

Pracę swoją uwielbiam – robię to, co kocham a szefostwo jest wspaniałe! Nie mają nic przeciw zabieraniu obowiązków do domu, przyprowadzaniu Malutkiego czy zdarzającym się czasami jedno- czy dwudniowym opóźnieniom. Ale nie zawsze tak było. Musiałam bardzo ciężko pracować by udowodnić, że samotna, studiująca jeszcze matka, bez wsparcia osób trzecich tu na miejscu – da radę z taką ilością obowiązków a zmęczenie nie zepchnie tak potrzebnej kreatywności na dalszy plan. I się udało. Później przyzwyczaiłam się, że w koszu wózka muszę mieć szpilki na zmianę, w biurku w pracy trzymać miseczkę, łyżeczkę, butelkę i przekąski dla mojego małego bohatera a obowiązki najlepiej zostawiać na wieczór, gdy zapada cisza i błogi spokój, tak istotne by się skupić. W kwestii Teściowej, oczywiście niedoszłej, takiej oficjalnej póki co nie mam – nie miałam potrzeby przyzwyczajania, tolerowania czy czegokolwiek podobnego. Darzyłam ją sympatią, niewymuszoną i zwyczajną. Nie doświadczyłam “uroków” stereotypu wrednej teściowej. A mieszkanie? No cóż. Idealne oczywiście nie jest. Trudno znaleźć do wynajęcia coś wziętego prosto z naszych wyobrażeń o domu idealnym. Wkurzało mnie na początku kilka rzeczy ale z czasem udało mi się wprowadzić trochę zmian. Coś wyrzuciłam, coś przestawiłam, coś dostawiłam. Jakoś da się żyć. Do reszty można się przyzwyczaić, serio.

* * *

Jeszcze rok, pół roku czy nawet dwa – trzy miesiące temu, na widok szczęśliwych rodzin w parku – odwracałam głowę. Łzy cisnęły się do oczu na widok ojców grających w piłkę z synami, zdjęć pięknych rodzin na Instagramie, wspomnienie naszych wspólnych planów z Tym Mężczyzną. Wiele, naprawdę bardzo wiele – banalnych być może dla innych – rzeczy powodowało smutek, łzy, chwile zawieszenia. Nawet nie wiem, kiedy przyszedł tem przełomowy moment, gdy przestało mnie to chwytać za każdym razem za serce. Serio, nie wyłapałam tego przełomu. Najważnejsze jednak, że się pojawił. Bo ileż można się zadręczać? No ile? Czy On, na widok rodzin, przełyka łzy? Czy On wieczorami wraca do wspólnych śmiechów, spacerów i planów? Czy On tak po prostu tęskni? Nie! Bo gdyby tak było, chociaż odrobinę, chociaż trochę – najnormalniejszym ludzkim odruchem byłby banalny SMS, e-mail, telefon. Cokolwiek. Kiedykolwiek. Jakkolwiek. Nie da się przeżywać czegoś za dwoje. Naprawdę, na dłuższą metę – nie da się.

Biegnę co rano trasą spacerową, z szarym wózkiem przed sobą, w podobnie szarej bluzie z kapturem. Malutki drzemie pod kocykiem w chmurki. Dochodzi dziewiąta rano. Od jakiegoś czasu to standardowa kolejność: pobudka, śniadanie, bieganie, następnie reszta dnia według przypadającego planu. Na trasie, pokonywanej codziennie, widuję biegających mężczyzn, spacerujących z psami, spieszących się do pracy korpoludków. Później, w domu, sama wkładam korpowdzianko i pędzę, zazwyczaj z Malutkim, oddać to, co wykonane a następnie zgarnąć to, co do zrobienia. W mojej pracy Malutki ma Garniturowych Wujków. Każdy z nich ma już jakąś ulubioną zabawę z Nim. Malutki rozpoznaje ich też po imionach, wie, gdzie znajdzie konkretnego. Czasami wpada do nas również mój przyjaciel, którego mój mały chłopiec rozpoznaje bez problemu, zaczepia, domaga się zabawy. Żaden z nich nie zastąpi Jemu Taty ale każdy uczy Go czegoś, czego ojciec powinien. Od małego już oswaja się z wiązaniem krawata, otwieraniem drzwi przed kobietami, siedział już na przednim siedzeniu samochodu i próbował kręcić zablokowaną kierownicą. Puszcza małe wyścigówki z dorosłymi facetami i czasami zastanawiam się, kto tak naprawdę ma z tego najwięcej radości…? Koledzy z pracy nauczyli mnie zasad gry w piłkę nożną, na żółtej piłce z Kubusiem Puchatkiem ćwiczyliśmy w jednym z biurowych pomieszczeń. Później kopałam ją w domu z Malutkim. Koledzy z pracy pokazali mi, jak się skręca meble z Ikei, podłącza kable i kabelki by zadziałała kablówka czy pompuje koła w wózku. Przywykłam do tego, że zawsze mogę na któregoś liczyć. Przyzwyczaiłam się, że niemal wszystko potrafię zrobić sama, wystarczy chcieć.

Mój mały bohater ma też Dziadka. Ba! Ma dwóch Dziadków i jednego Pradziadka. I tutaj – jeszcze zanim się urodził – bardzo Jemu zazdrościłam. Ja Dziadka nie miałam. Nie pamiętam go, zmarł gdy byłam bardzo mała, drugi również. Plan był prosty. Jeden Dziadek miał w planie zbudować piaskownicę, zjeżdżalnię i coś tam jeszcze. Drugi miał zarzucać kazusami między jedną a drugą łyżeczką kaszki. Pradziadek miał zabierać na spacery swojego prawnusia, jak niegdyś wnuka. Póki co jest jeden Dziadek, na domiar złego – na co dzień daleko. To On kupił wnukowi pierwszy rowerek. To On nosi Go na rękach, układa z nim klocki i uczy tym rowerkiem jeździć. I póki co – to Dziadek jako jedyny powtarza tylko raz, że czegoś nie wolno i Malutki zakaz zapamiętuje. Jakaś magia. Ja powtarzam po pięćdziesiąt razy: Nie wolno otwierać zmywarki! Bum. Zmywarka otwarta. Bum. Piekarnik włączony. Bum. Odkurzacz już wyciągany z szafy. Cierpliwości, o dobry losie! Ale i do tego przywykłam. Do jednego Dziadka, na którego możemy liczyć. Mimo że na tym świecie ma jeszcze dwóch, do pewnego momentu bardzo bliskich.

Chciałabym mieć w sobie tyle siły i samozaparcia by z czystym sumieniem powiedzieć: żaden mężczyzna nie jest nam do szczęścia potrzebny, we dwoje z Malutkim tworzymy zgrany team. Ale to nie do końca byłaby prawda. A wmawiać sobie tego nie będę. Przez ostatnie półtora roku doświadczyłam wielu momentów, gdy bardzo wiele bym dała za kogoś obok. I tutaj pojawia się to nieszczęsne przyzwyczajenie. Przywykłam do tego by zawsze mieć na noc koło łóżka szklankę wody i saszetkę ze środkiem przeciwbólowym, gdyby zakradła się nagła migrena – najczęstszy z moich gości. Przywykłam do tego, że prysznic biorę przerywany, zakręcając wodę by nasłuchiwać ewentualnego płaczu Malutkiego. Przywykłam do sterty różnych poduszek, które zastępują przytulenie. Bo to tego chyba mi najbardziej brakuje w tej codzienności. Otworzyć rano oczy i wiedzieć, że obok jest ktoś, do kogo można się odezwać, wypić razem – nawet zimną – kawę. Ale tak jak mówiłam – przywykłam. Bo tak da się żyć. Bo nie można mieć wszystkiego. Ale czy warto odkładać na później sięganie po coś, co może tylko nas uszczęśliwić jeszcze bardziej?

* * *

Gdy widzę ojców w parku ze swoimi synami, myślę teraz: ja też tak potrafię, też nauczę tego Malutkiego. Gdy widzę szczęśliwe rodziny na spacerach, myślę teraz: to wszystko przed nami. Gdy segreguję zbyt małe już ubranka Malutkiego, myślę teraz: to się może przydać dla Jego braciszka. Bo kiedyś On tego braciszka czy też siostrzyczkę mieć będzie. Zgodnie z obietnicą daną Jemu, gdy się urodził – nie będzie jedynakiem. Nie ma już łez, nie ma guli w gardle, nie ma odwracania wzroku. Przyzwyczaiłam się do wielu rzeczy, nauczyłam się jeszcze więcej, wciąż się uczę. Do balastu codzienności dokładam co chwilę coś nowego. Chwytam kolejne projekty, odhaczam zrealizowane cele, spisuję marzenia do spełnienia – bo same się nie spełnią. Najbliższe miesiące to szereg wyzwań i szans. Ale w tym wszystkim pozostaje ta rutyna, te przyzwyczajenia, ta skrzętnie upychana tęsknota za normalnością. Najważniejsze jednak, że po prostu wiem, że ta normalność nastanie. Tak po prostu.

  4 comments for “życia uczą nas doświadczenia i… przyzwyczajenia

  1. ~Agnieszka
    22 maja 2016 o 09:58

    Wchodzę, patrzę…To o mnie! Mama i Malutki :) pozdrawiam , całuję i trzymam kciuki za życie. Chętnie będę towarzyszyć Twojemu szczęściu :) Uda Wam się na pewno, bo jesteś mocna! Tak jak ja byłam, jestem i chyba będę. Popłakałam się , wzruszyłam się , jestem trochę rozbita….ale dziękuję i życzę siły

  2. ~dawid
    4 maja 2016 o 19:13

    I świetnie! :)

  3. ~Damian
    4 maja 2016 o 09:57

    Ekhm. Powiem jedno. Oby któryś z kolejnych wpisów niósł efekty tego: MĘŻCZYZNĘ! A może nie tyle efekty co przyczynę? ;D Trzymam za Was kciuki jak zwykle ale powoli widzę autorko, że coraz mniej tego potrzebujecie. Ślę pozdrowienia majówkowe znad Bałtyku!

  4. ~50shadesofgrey
    3 maja 2016 o 21:57

    Błyskotliwa jak zawsze i jak zawze z drugim dnem. Czytać między wersami u Ciebie trzeba umieć idealnie ;)) Gratuluję tego co pewnie ogłosisz za jakiś czas a pewnie się nie myle w swoich przeczuciach ;)))

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • Twitter
  • Facebook