wcale nie takie złe – macierzyńskie grzeszki?

Nic nie jest idealne a każdy ma prawo popełniać błędy. Prawda? Mój mały bohater dokładnie za tydzień skończy rok. Będziemy świetować we dwoje – bo przecież to święto i dziecka i mamy. Tak przynajmniej ktoś mnie ostatnio uświadomił. Prezenty się piętrzą, z ekscytacją i setkami dylematów wybieram najwłaściwsze. Nie sztuką jest dać coś, co trafi do kąta godzinę później. W dużej mierze chciałabym by część tych prezentów miała większą wartość, towarzyszyła Jemu przez długie lata, stanowiąc pamiątkę. Sama uroczystość urodzinowa będzie mieć miejsce w inny dzień niż właściwe urodziny ale nie zmienia to faktu, że przygotowań też jest sporo. I dylematów. Jaka sałatka będzie lepsza? Jaki tort będzie odpowiedni? Jak nie przesadzić z kiczem, o który przy okazji dziecięcych imprez nietrudno? Ale o tym wszystkim będzie innym razem.

Pierwsze urodziny dziecka to również dobry moment na małe podsumowanie i rachunek sumienia. Przyjrzenie się temu, co wypadałoby zmienić albo poprawić. Uczciwe przyznanie przed samą sobą, w czym się zwyczajnie zawiodło a co po prostu nie wychodzi. Dopóki dziecko jest szczęśliwe, żadna krzywda się jemu nie dzieje – problemu nie ma. Sama świadomość jednak wspomnianych przewinień może wiele dać. Na przykład popchnąć do minimalnych chociaż zmian. Myślałam i myślałam. Trochę tych grzeszków pierwszego roku macierzyństwa u siebie ostatecznie znalazłam. Banalne, może nawet śmieszne – ale jednak są.

* * *

Czasami padam spać razem z Malutkim. Co tu dużo mówić… W codziennym pędzie dzielenia miliona obowiązków, wyciskaniu z każdej minuty tyle ile się da a przy tym spaniu 2-3 godziny na dobę już od – bagatela – roku, organizm ma absolutne prawo domagać się regeneracji. Kawa, łykanie magnezu czy łapanie chłodnego powietrza na balkonie też nie zawsze działają cuda. W sumie to cudów nigdy nie ma, co najwyżej lekkie wspomaganie. Raz na jakiś czas przychodzi dzień, gdy po prostu śpię razem z Malutkim. On ucina sobie drzemkę, ja też. On wieczorem zasypia, ja pędzę pod prysznic i też nurkuję w swoją pościel. Takie minimum odpoczynku raz na jakiś czas działa chociaż odrobinę odprężająco. Przez kolejne dni nie odczuwam tak bardzo niedoboru snu i mogę pędzić dalej!

Nie zawsze prasuję ubranka. Temat – rzeka. Od urodzenia mojego małego bohatera przez wiele długich miesięcy prasowałam wszystko. Każde maleńkie ubranko. Aż w końcu zrozumiałam, że to w większości przypadków mija się z celem ( kolejna lekcja z macierzyństwa ). Bo stoję przy desce dwie godziny, żeby wyprasować ogromną stertę ubranek a później okazuje się, że kilka minut po założeniu koszulki jest już ona wygnieciona po tarzaniu się na dywanie, ubrudzona obiadkiem i mokra od śliny. Trzeba więc założyć kolejną, suchą. Nieważne, że poprzednia nie przetrwała na Nim nawet godziny. Tak więc z czystym sumieniem odpuszczam sobie czasami prasowanie, ograniczając się tylko do tych ubranek, które są zakładane na wyjścia. Domowych po prostu prasować się nie opłaca.

Traktuję swój żołądek jak śmietnik. Co tu dużo mówić – nie umiem znaleźć motywacji do tego, żeby zacząć dbać o swoją dietę. Wcześniej gotowałam, przygotowywałam, starałam się. Teraz jakoś nie umiem. Dla Malutkiego zrobię wszystko, podam, nakarmię ale wciąż pomijam siebie. Przykład? Zrobię pizzę, dojadam ją później przez dwa dni, nawet nie odgrzewam. Innym razem kupię ileś pączków przy okazji zakupów w markecie i stanowią one posiłki przez następne dni. Dokończę deserek, gdy Malutki nie zje całego, dopiję soczek pozostały po całym dniu w niekapku, nadgryzione biszkopty też pochłonę. Dopiero wieczorami, gdy On już śpi a ja zasiadam do pracy, przypominam sobie o jedzeniu. Jakieś kanapki, opakowanie ciastek wydobyte z otchłani pojemnych szafek albo cokolwiek. Po prostu cokolwiek.

Kupuję sterty książeczek. Mój nałóg. Stoję w kolejce na poczcie, na regale kolorowe książeczki dla dzieci. Biorę jedną. Od niedawna na poczcie już przestałam kupować, bo wszystkie tam dostępne mamy w naszej kolekcji. Czasami kupuję je na stacji benzynowej. Czasami w sklepie, gdzie wyposażam nas w różne drobiazgi dla Malutkiego. Czasami przy okazji uzupełniania Jemu garderoby a czasami w miejscach tak niecodziennych, że aż zadziwiających. Kupiłam dwie książeczki z historyjkami o owocach i warzywach – uwaga! – w markecie budowlanym. Leżały na maleńkiej półce między ozdobnymi pudłami a jakimiś dziwnymi naklejkami na szyby. 

Malutki z kolei książeczki uwielbia! A ja uwielbiam Jego radość na widok kolejnej nowej. Ogląda je dokładnie, gaworzy do nich, ekscytuje się przewracanymi stronami. Jest zachwycony każdą następną. Niekiedy mam wrażenie, że liczebność kolekcji książeczek już dawno przewyższyła ilość zabawek. Co ciekawsze – zabawek, które niekoniecznie Go interesują, poza nielicznymi wyjątkami.

Nierzadko gapię się bezczynnie zamiast zrobić coś sensownego. Malutki śpi a ja wpatruję się w Jego zaciśnięte piąstki i wykrzywione w uśmiechu usteczka. Bawi się swoim nieodłącznym Piesiem albo Frendzlem a ja stoję cichutko z boku i obserwuję. Jest coś niezwykle fascynującego w patrzeniu na takie drobne czynności tego małego człowieczka. Jego ekscytacja i radość z prostych rzeczy. Słuchanie śmiechu, kiedy rzuci piłeczką albo uda się Jemu wstać bez trzymania czegokolwiek. Obserwowanie, jak wspina się na paluszki, próbując coś dosiegnąć a wysilając się przy tym, jakby wdrapywał się na Mount Everest. Często po prostu patrzę na ten mały cud w milczeniu, nie zwracając na siebie uwagi, nie rozpraszając Go. Będąc tylko obserwatorką przeżyć mojego małego bohatera.

Krytykuję bezsensowne rady, które ktoś mi narzuca. Dosłownie szlag mnie trafia, jak słyszę: A nie mogłaś kupić Jemu ładniejszych spodenek? Jeszcze lepsze są uwagi typu: A Ty to musisz po nocach siedzieć przy komputerze? Co TY z tego masz? Pomijając już totalne absurdy typu: Ale jak to nie poszłaś na spacer, tylko siedzieliście w parku?! Na początku czułam się, jakbym była złą matką. Bo kupiłam białe półśpiochy zamiast niebieskich. Bo w ogóle kupiłam półśpiochy – przecież są niepraktyczne. Bo mam sześć butelek zamiast siedmiu albo dwa gryzaki zamiast tzrech (pomijając już fakt, że Malutki gryzaków nigdy nie chciał specjalnie używać).

Z czasem zaczęłam to ignorować, od jakiegoś czasu nauczyłam się odpowiadać na podobne ataki. Nie, nie mogłam kupić ładniejszych spodenek. Te mi się podobają, o gustach się nie dyskutuje. Nie podobają Ci się, to nie patrz. Siedzę przy komputerze bo to moja praca. Może chcesz zacząć zarabiać za mnie? Wtedy przestanę. Nie poszłam na spacer? Siedziałam na ławce z wózkiem? Może następnym razem mnie zastąpisz i będę mogła znaleźć w ciągu dnia godzinę na odpoczynek w wygodniejszym miejscu niż niekomfortowa parkowa ławka? I wiecie co? Komentarze się znacznie ograniczyły. Decyzja o wyrażaniu na głos swojego zdania była jedną z lepszych. Nikt mi nie wmówi, że jestem złą matką tylko dlatego, że kupuję dziecku spodenki inne niż te, które podobają się komuś zamiast mnie.

Czasami siedzę na ławce z wózkiem obok – zamiast iść na spacer. Powinni mnie chyba za to ukrzyżować, biorąc pod uwagę reakcję niektórych osób na podobną rewelację. Czasami po prostu wolę usiąść sobie na ławce, Malutki bawi się czymś w wózku albo po prostu podziwia świat a ja chociaż w taki sposób mogę chwilę odpocząć. Ewentualnie przez moment popracować, jeśli mój mały bohater zaśnie. Poobserwować ludzi. Złapać oddech. Pomyśleć. Tak po prostu. Nie wyrządzam dziecku krzywdy tym, że zamiast maszerować miejskimi chodnikami, siedzimy sobie w miejscu.

Podkradam na noc Fasolkę. Wiem – bezwstydna matka ze mnie! Najpierw obdarowuję dziecko tak wspaniałym wynalazkiem, jakim jest nasza niezastąpiona Fasolka a później sama na niej śpię. Na szczęście prawda nie jest tak brutalna. Fasolka służy Malutkiemu w ciągu dnia. Drzemie sobie na niej, bawi się czasami przy niej, niekiedy po prostu ciąga ją po podłodze z przerwami na tulenie. Wieczorem Fasolka staje się niepotrzebna. Wtedy przejmuję ją bez wyrzutów sumienia. Wygodnie się na niej śpi, nawet bardzo!

Chciałabym, żeby ktoś mnie przytulił. Podobno będąc matką, nie powinno się myśleć o „tych sprawach”. Podobno. Podobno też szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko. I tu już mamy pierwsze wykluczanie się nawzajem. Byłoby czymś wysoce niesprawiedliwym nazywać matkę złą tylko dlatego, że czasami potrzebuje czułości. Miałam taką – dość przykrą – sytuację. Kilka miesięcy temu zostawiłam niedomknięty portfel w zasięgu czyjegoś wzroku. W portfelu noszę wciąż zdjęcie Tego Mężczyzny. Na zdjęciu jest trochę niepodobny do siebie widywanego na co dzień. Nie dość, że czarno-białe to jeszcze sprzed kilku dobrych lat. Padło więc pytanie, kto to? Padła moja odpowiedź. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy ale popłynęło kilka łez i padło stwierdzenie, że zwyczajnie za nim tęsknię i wierzę, że jeszcze nam się ułoży. Co padło w odpowiedzi? Słowa: niektóre baby to bez faceta nie mogą wytrzymać, bezwstydne!

Było mi głupio, że okazałam słabość. Było mi wstyd, że ośmieliłam się jako matka na przyznanie do tęsknoty. Było mi niezmiernie przykro. Bo przecież gdybym „nie mogła żyć bez faceta” nie trwałabym tylu miesięcy ze wszystkim samiuteńka. Znalazłabym pierwszego lepszego mężczyznę. Po prostu. Nie nosiłabym w sercu wspomnień Jego ciepłych dłoni, które trzymały moje na spacerach a w portfelu nie nosiłabym Jego zdjęcia. Nie tęskniłabym za Jego głosem. Nie chciałabym Go tylko po prostu przytulić. Nic więcej. Prawda?

* * *

Zła matka to ta, która krzywdzi swoje dziecko. To ta, która o nie po prostu nie dba. Ta, która świadomie je na cokolwiek naraża. Ta, która stawia jego dobro na szarym końcu listy swoich priorytetów. Wymieniać można naprawdę wiele – mniej lub bardziej drastycznych – przykładów na zachowania zwyczajnie złych matek.

Komoda pełna nowiutkich, ślicznych ubranek we wzorki dokładnie przez tą matkę wybierane to dowód na dbałość o dziecko w każdym, najdrobniejszym szczególe. Umiejętność znajdowania okazji do odpoczynku to dowód na świadomość matki, jak ważne dla dobra jej dziecka jest to, żeby ona miała siłę. Ignorowanie nic nie wnoszących, bezpodstawnych i złośliwych komentarzy powinno być oczywistą reakcją na podobne ataki – nikt nie ma prawa wmawiać czegoś, co nie ma racji bytu. Wbijanie do głowy młodej mamie, że do bycia złą matką wystarczy nietrafiony wybór koloru spodenek to zwykła głupota. Albo podłość. Jeszcze większą głupotą jest powtarzanie, że matka nie ma prawa do swoich potrzeb. Absurd! Matka nie jest robotem bez uczuć innych niż rodzicielska miłość. Ma prawo kochać, tęsknić, chcieć się przytulić czy poczuć czyjąś obecność tuż obok. 

Pierwszy rok macierzyństwa nauczył mnie przede wszystkim tego, że wychowując mojego, naszego małego bohatera – ostatnie co powinnam robić to… słuchać innych. Wiem, co dla mojego dziecka jest najlepsze i jestem szczęśliwa, widząc jak rośnie w miłości i codziennym uśmiechu. Z każdym kolejnym dniem jestem coraz bardziej świadoma tego, że podkradanie Fasolki czy tęsknota za miłością mojego życia nie czyni ze mnie gorszej matki. Jesteśmy tylko ludźmi. Nie robotami stworzonymi do pełnienia obowiązków w perfekcyjny sposób. Mamy prawo czuć!

  10 comments for “wcale nie takie złe – macierzyńskie grzeszki?

  1. ~Rafał
    20 listopada 2015 o 10:32

    Co za debilizm powiedzieć samotnej, dzielnej matce, że nie ma wstydu bo tęskni za facetem… Idiotyzm i chamstwo.

  2. ~Jerzy
    11 października 2015 o 16:10

    Droga autorko, to żadne grzeszki. A wręcz apeluję byś snu zaznawała jak najczęściej przy byle okazji a zamiast pączków czy pizzy zrobiłą sobie chociaż kanapki. To minimalna ale zawsze jakaś alternatywa.

  3. ~magdalena
    10 października 2015 o 21:28

    Droga Mama-Sama wszystkie wymienione przed ciebie grzeszki nie czynia nas zlymi samodzielnymi mamami. Chcialam Cie wesprzec w kwestii poczucia braku bliskosci czy potrzeby czulosci innej osoby. Tez przechodzialam takie stany ale z czasem Sa one coraz rzadsze. Obecnie przeszlo mi wogole….moj synek ma 2,5 roku I to on okazuje mi milosc I czulosc z wzajemnoscia . I to mi wystarcza. Przestalam juz tesknic za czym innym…Glowa do gory. Jestes wspaniala mama I czlowiekiem.

  4. 9 października 2015 o 17:55

    Mamo-sama, uwielbiam Twój styl pisania… Jednak „grzeszki”, które wymieniłaś dla mnie w żaden sposób nie są niczym złym.
    Poza śmieciowym jedzeniem nie musisz z nich rezygnować… Ale tu też Cię rozumiem, w drugą stronę też nie dobra jest przesada. Staraj się jednak zdrowiej odżywiać dla siebie samej. Pączek owszem jest ok, ale na pewno nie zamiast kolacji, obiadu tylko jako deser, podwieczorek.
    A już na pewno nie rezygnuj z „gapienia się zamiast robienia czegoś sensownego”. Gdy patrzysz na śpiącego synka, na jego zabawy to jest to jak najbardziej sensowne, czyń to bez wyrzutów sumienia.
    Podobnie ze spacerami. Jeśli czujesz potrzebę odpoczynku, posiedzenia na ławce, poczytania, bo Malutki śpi, wykorzystaj okazję bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Podobnie ze spaniem, kupowaniem książeczek.
    Synek uwielbia książeczki, Ty też, potem je często czytacie – to jest to ok.
    Jeśli natomiast cierpi na tym Wasz domowy budżet, to wtedy szukaj innej opcji. Może w najbliższej bibliotece, można wypożyczyć książki dla maluszków? Ja tak właśnie robię. Wymieniamy się też książeczkami i zabawkami w gronie dzieciatych koleżanek.
    Z prasowaniem mam podobnie. Prasuję bluzeczki na wyjścia, a ciuchy „po domu” po prostu składam ładnie i wkładam do szafy bez prasowania. I wierz mi, nie mam z tego powodu poczucia, że jestem gorszą mamą…
    Pozdrawiam kochana Mamo-samo.
    Ps. Często Ci piszę w komentarzach, że jesteś bardzo dzielna, bo to prawda. Ale pamiętaj, nie zawsze musisz być dzielna.
    Masz prawo być słaba, masz prawo płakać, masz prawo tęsknić, masz prawo chcieć się przytulić.
    I nikt nie powinien Cię krytykować z tego powodu. A jeśli ktoś to robi, to zastanawiam się, z jakiego powodu.
    I żaden motyw nie przychodzi mi do głowy poza zazdrością…
    Że jesteś zdolna, młoda, masz Malutkiego, radzisz sobie w trudnej sytuacji i masz talent, bo genialnie piszesz:)

    • ~Damian
      9 października 2015 o 23:38

      Nic dodać, nic ująć. Przedmówczyni powiedziała wszystko to, co ja bym chciał powiedzieć… :)

  5. ~grzegrz
    9 października 2015 o 13:17

    To prawda- matka również ma prawo do emocji i tęsknoty. Jesteś bardzo mądrą i świadomą kobietką, tekst puszczam dalej!

  6. ~LENA
    9 października 2015 o 13:11

    Podkradanie Fasolki fajnie brzmi :P Chyba w końcu się skuszę na ten wynalazek. I Mamo-sama, jedyne coz wymienionych zmień to jedzenie! Mimo młodego wieku możesz nabawić się chociażby wrzodów :/

  7. ~czeslawa63
    9 października 2015 o 11:00

    „Pierwszy rok macierzyństwa nauczył mnie przede wszystkim tego, że wychowując mojego, naszego małego bohatera – ostatnie co powinnam robić to… słuchać innych. Wiem, co dla mojego dziecka jest najlepsze i jestem szczęśliwa, widząc jak rośnie w miłości i codziennym uśmiechu. Z każdym kolejnym dniem jestem coraz bardziej świadoma tego, że podkradanie Fasolki czy tęsknota za miłością mojego życia nie czyni ze mnie gorszej matki. Jesteśmy tylko ludźmi. Nie robotami stworzonymi do pełnienia obowiązków w perfekcyjny sposób. Mamy prawo czuć!” – bardzo ważne wnioski. W dzisiejszych czasach próbuje się robić z matek cyborgi, które nie mają prawa do niczego poza poświęcaniem się w 100 % dziecku i domowi.

    • ~Piotr
      24 października 2015 o 18:19

      Dokładnie. Matka to przede wszystkim człowiek i kobieta!

  8. ~kamila
    9 października 2015 o 08:48

    serio, to są macierzyńskie grzeszki? ja ubranka wyprasowałam tylko przed porodem, bez przesady, są zawsze wyprane, nie mam w domu pleśni ani karaluchów wiec po co je jeszcze dodatkowo „wyparzac”? jakoś nie zauważyłam, żeby sie specjalnie gniotły. śmieszą mnie troche takie teksty, które piszą idealne mamusie, które są do tego stopnia idealne, że uważają zasypianie z dzieckiem za „grzeszek” ;d

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • Twitter
  • Facebook