Ty masz swój dom a my swój.

Dzisiaj Dzień Matki. Pierwsze takie swoje święto wyobrażałam sobie nieco inaczej… Po kilku minutach wewnętrznej walki decyduję się wstać z krawędzi łóżka, na której przycupnęłam, pochłonięta widokiem zaciśniętych piąstek i wykrzywionych słodko usteczek Malutkiego, pogrążonego w głębokim śnie. Idę do kuchni, włączam czajnik, do filiżanki sypię dwie łyżeczki ohydnej kawy, wciąż nie kupiłam ulubionej. Z parującą filiżanką siadam na ozdobnej pufie, opieram się o ścianę i przymykam oczy. Dzień Matki. Swojej zwykle wysyłam kwiaty. Po prostu. Do tego telefon albo SMS z życzeniami. I tak co roku.

* * * 

Pytasz mnie, co Malutki lubi, kiedy opowiadam Ci, że właśnie zjadł deserek. Uwielbia jabłuszko z gruszką, brzoskwinie i morele. Jeszcze sekundę temu nie miałeś o tym pojęcia. Nie wiedziałeś, że w ogóle jada przecierki, byłeś zdziwiony. Zadajesz kolejne pytanie. Ile tego zjada? Jak często? Umie już trzymać sam łyżkę? Uśmiecham się, widząc upaćkaną buzię Malutkiego. Śmieje się do mnie, odsłaniając różowe dziąsełka a ja śmieję się razem z Nim. Mógłbyś siedzieć obok i śmiać się z nami. Ale Cię nie ma.

Mówię Ci, że robiłam dzisiaj zakupy dla Malutkiego na cały najbliższy tydzień. Marketowy koszyk wypchany po brzegi, trzycyfrowa suma na paragonie, godzina spędzona na bieganinie między półkami. Nie zapytasz, ile kosztuje Jego utrzymanie. Nie zaproponujesz, że coś Jemu kupisz. Wspominasz, że byłeś dzisiaj w galerii i kupiłeś sobie ileś nowych, ładnych rzeczy. Widziałeś też podobno śliczne auto dla Malutkiego. Każde z nas ma priorytety. Niegdyś wspólne, teraz zupełnie inne.

Pytasz mnie, czy to normalne, że Malutki już stoi, podskakuje i próbuje się przesuwać, trzymając szczebelek łóżeczka? Czy rozwija się we właściwym tempie, szybciej czy może wolniej niż inne dzieci? Powtarzam słowa naszego pediatry. Zapewniam Cię, że jest zdrowy, jego rozwój nie budzi zastrzeżeń a siła, jaką w sobie ma – jest ogromna i niesamowita. Mógłbyś usłyszeć je od lekarza, o każdej wizycie przecież Cie informowałam, nawet wtedy, gdy nas ignorowałeś. Ale przecież Ty nawet nie znasz pediatry Malutkiego.

Mówię Ci, że Malutki od wielu dni marudzi, popłakuje, całe dnie noszę Go na rękach, kołyszę i uspokajam. Mówię Ci, że zaraz jedziemy do lekarza. Pytasz, ile potrwa ząbkowanie? Na moją odpowiedź stwierdzasz, że szykuje się ciężki czas. Nie pytasz, czy jestem zmęczona. Nie proponujesz obecności przy wizycie u pediatry. Ten ciężki czas szykuje się dla mnie i Malutkiego. Ty jesteś tylko wirtualnie. Prawdopodobnie nie zobaczysz Jego pierwszego ząbka. Podobnie jak nie widziałeś pierwszego uśmiechu, pierwszych prób wstawania i siadania. I wielu innych pięknych momentów.

Pytasz mnie, jak wygląda nasze mieszkanie. Czy okolica jest cicha? Czy jest przestronne, podobne do naszego poprzedniego- wspólnego? Opowiadasz o swoim nowym dębowym łóżku, biurku ze szklanym blatem. Niby banały, ale powodują łzy. Kolor Twojej nowej sypialni wybieraliśmy razem, nieskończoną ilość godzin spędziliśmy w sklepach, nad katalogami. Wiem, jak długo czekałeś na ten dom. Cieszę się, że jesteś o krok od tego. Ty masz swój dom, my mamy swój. Troje nas w dwóch różnych miejscach.

Mówię Ci, że byłam z Nim u lekarza, przepisano lekarstwa, będzie brał je kilka dni. Ma infekcję gardła. Nie zapytasz, jak dojechałam do przychodni, dotarłam do apteki ani ile kosztowały lekarstwa. Nie zapytasz, czy Malutki ma temperaturę, jak się czuje ani jak można Jemu ulżyć. Nie mam pretensji. Ty po prostu nie wiesz, jak trudna dla takiego maluszka jest zwykła infekcja. Nie masz pojęcia, jak się męczy, płacze, marudzi. Nie tulisz go całe dni bez przerwy, żeby był spokojny i chociaż odrobinę zdrzemnął się na rękach. Nie wiesz tego, bo skąd możesz wiedzieć?

* * *

Piję drugą już z rzędu kawę. Gorącą, wrzącą wręcz a mimo tego wciąż nie mogę się rozgrzać. Zimno mi. To po prostu zmęczenie. W gardle czuję wielką gulę. To z kolei żal. Ciężar niewypowiedzianych słów. Rozmawiamy na czacie. Żadne z nas nie podjęło wciąż próby rozmowy telefonicznej, tkwimy zawieszeni w wirtualnym świecie wyrzucanych w pośpiechu słów.

Na Facebooku widzę zdjęcia koleżanki z jej chłopakiem i córeczką, starszą od Malutkiego zaledwie o trzy tygodnie. Kupił jej kwiaty w imieniu ich pociechy, urządzili sobie zabawną sesję zdjęciową na pamiątkę tego dnia. Inna znajoma chwali się wieczorem tylko we dwoje, syn u dziadków a oni świętują Dzień Matki w restauracji i kinie. Ktoś inny dostał od dorosłych już dzieci piękne kwiaty, kolejna koleżanka jakąś bransoletkę. A ja czekałam jedynie na słowa docenienia: Jesteś silna, dałaś radę. Udźwignęłaś ciężar wychowania za nas dwoje, gdy ja jestem z dala. Dziękuję za to, że naszemu synowi nic nie brakuje. Te słowa nie padły nigdy dotąd. Wbrew wszelkim próbom zagłuszenia ich, często przypominają mi się za to słowa: Nie umiałaś urodzić. Bolesne wspomnienie porodowych komplikacji, wypominane po wielokroć w chwilach złości przez osobę, która nigdy nie powinna nawet tak pomyśleć. Osobę mi przecież najbliższą.

Spinam włosy w wysoki kok i idę do łazienki. Po umyciu i osuszeniu twarzy, paćkam maseczkę na policzki, czoło, nos, starając się nie omijać nawet najmniejszego skrawka skóry. W ciągu 15 minut oczekiwania do momentu jej zmycia, maluję paznokcie. Neutralny beżowy odcień, z delikatnym połyskiem. Po pozbyciu się szarej mazi z twarzy, zaglądam do sypialni. Śpi. Wyjmuję więc z szafki w łazience kilka pudełek, suszarkę do włosów, oliwkę. Pół godziny i kilkanaście – rozgrzanych suszarką do włosów – plastrów z woskiem później, mogę poszczycić się gładkością porównywalną do niejednej modelki Victoria’s Secret. Na finiszu sięgam po pęsetę i wyskubuje brwi. W oczach pojawiają się łzy. I nie wiem, czy to stres, zmęczenie, żal czy po prostu jakimś cudem stałam się mniej odporna ostatnimi czasy. Patrzę w lustro. Wyglądam dobrze. Mizernie, ale naprawdę dobrze. Po prostu ładnie. Taka sobie – zwyczajnie ładna – młoda mama. Taki zwyczajny prezent dla samej siebie z okazji Dnia Matki – godzina w łazience, z przerwami na doglądanie spokojnego snu Malutkiego.

  63 comments for “Ty masz swój dom a my swój.

  1. ~Irena
    4 listopada 2015 o 20:26

    Przez przypadek trafiłam na Twój blog… Tez jestem mama-sama…Bardzo ładnie napisane, musiałam robić przerwy w czytaniu, łzy…. jak ja to znam!

  2. 26 sierpnia 2015 o 14:40

    Jeszcze raz życzę Ci dużo siły i wyrażam swój podziw dla Ciebie.
    Wierzę, że jest Ci bardzo ciężko, ale – zobaczysz – los się odwróci.
    Sama nie wiem, co lepsze, by On zmądrzał, zrozumiał, otworzył oczy i wrócił do Was, czy
    też by spotkała Was nowa, prawdziwa trwała miłość…Nie wiem, ale ufam, że będziecie szczęśliwi.
    A lukrowanymi zdjęciami wrzucanymi na FB przez znajomych się nie przejmuj…To tylko zdjęcia.
    Mogą być przykrywką dla całkiem innej rzeczywistości…

  3. ~mala-dama
    8 czerwca 2015 o 11:25

    Pięknie po raz kolejny wzruszasz!!!

  4. ~Edyta
    8 czerwca 2015 o 09:56

    Chciałoby się napisać: nic dodać, nic ująć…niestety mogę napisać tylko nic ująć, bo dodać mogę sporo :-(… wiara w drugiego człowieka była ogromna, w zderzeniu z rzeczywistością- ciężka do zrozumienia. Pozdrawiam

  5. ~klaustrofobiczkaa
    3 czerwca 2015 o 20:24

    Blog niby parentingowy ale inny niż wszystkie. Na pewno mniej kolorowy. Na pewno mniej przesłodzony. Piszesz coś tam o prawie, coś tam o filmach ale esencją bloga są listy, kartki z pamiętniki, wspomnienia. Blog inny niż wszystkie. Intrygujący. Pozdrawiam!

  6. ~dejwid
    3 czerwca 2015 o 02:35

    No i zajebiście!!! Przepraszam za wyrażenie ale cieszę się autorko że coś ruszyło w końcu. Niech ten gnojek teraz się stara! :)

  7. ~mama-mia
    2 czerwca 2015 o 22:52

    Blog znalazłam przypadkiem i jestem pod ogromnym wrażeniem, że można tak wierzyć w drugiego człowieka… Aż chce się czytać. Zmuszasz do refleksji nad własnym życiem czytelników. Piękna sprawa.

  8. ~Piotr
    2 czerwca 2015 o 22:42

    „Piję drugą już z rzędu kawę. Gorącą, wrzącą wręcz a mimo tego wciąż nie mogę się rozgrzać. Zimno mi. To po prostu zmęczenie. W gardle czuję wielką gulę. To z kolei żal. Ciężar niewypowiedzianych słów. Rozmawiamy na czacie. Żadne z nas nie podjęło wciąż próby rozmowy telefonicznej, tkwimy zawieszeni w wirtualnym świecie wyrzucanych w pośpiechu słów.”
    Mamo-sama! Takie zawieszenie może teraz wydaje Ci się być czymś złym. Ale to naprawdę wielki krok do przodu. Ogromny. I w końcu się o tym przekonasz. Powodzenia.

  9. ~dedeon
    2 czerwca 2015 o 21:26

    Przecież on nie ma domu.
    Cholera jasna facet nie ma żadnego domu!
    Dom tworzy się z rodziną.
    A on rodzinę zostawił.
    Będzie takim bezdomnym z niby domem do końca życia.
    Pf! :/

  10. ~emma
    2 czerwca 2015 o 19:57

    Nie umialas urodzic… Jak w ogole mozna cos takiego powiedziec bedac ojcem? narodziny dziecka to cud, powinien docenic twoj wysilek i fakt ze mimo komplikacji, jakiekolwiek byly, przezylas ty i dziecko i wszystko bylo ok…

  11. ~kujon00
    2 czerwca 2015 o 18:45

    On nie ma domu. Dom tworzą ludzie. Jego syn i matka jego syna – kobieta, z którą chciał brać ślub. Dom jest tam, gdzie Wy. Pamiętaj o tym!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • Twitter
  • Facebook