top 10 niezastąpionych rzeczy przy wychowywaniu dziecka w pojedynkę

Wychowywanie dziecka, ten maleńki szkrab pełzający po mieszkaniu, kompletnie dezorganizujący naszą codzienność i to na dodatek wtedy, gdy nie ma obok nas nikogo, kto by wspierał – bywa trudne. Obowiązki się piętrzą, potrzeby naglą a doba się kurczy na naszych oczach. Co robić? Ułatwiać! Przez te dziesięć miesięcy macierzyństwa doceniłam kilka niezbędnych rzeczy, które bardzo wiele dobrego wnoszą w naszą codzienność. Organizacji, ułatwień i wsparcia. 

10. Telewizor

Od lat powtarzałam, że telewizor nie jest mi do szczęścia potrzebny. Bo nie był. I go w większości mojego samodzielnego, dorosłego życia nie miałam. Gdy mieszkaliśmy ten krótki czas we troje a Malutki był noworodkiem – owszem, telewizor mieliśmy. Ale bez kablówki. Oglądaliśmy całe mnóstwo filmów na DVD. Naszych ulubionych ale i zupełnie nowych. Wcale nam ten brak więc nie przeszkadzał. Teraz już sytuacja wygląda inaczej. Malutki co rano ogląda swoją ulubioną bajkę. A żeby mógł ją obejrzeć, muszę włączyć odpowiedni kanał. Tak więc kablówka jest niezbędna. Za wyjątkiem dwóch odcinków bajeczki rano, staram się nie włączać telewizora przy Nim ale rzeczywiście jest bardzo przydatny. Dla mnie też. Wieczorami, gdy zasiadam do pracy, miło jest w tle obejrzeć cokolwiek nie będącego bełkoczącym pingwinem.

9. Termos

Ktoś powie – ale jak to? Normalnie. Każda sekunda jest ważna, kiedy robię mleko – nie chce mi się czekać aż woda się zagotuje, bo w tym czasie Malutki zdąży obudzić pół osiedla. Na noc przygotowuję butelki z wsypanymi porcjami mleka i wodę o odpowiedniej temperaturze zamkniętą w termosie. Przybiegam, zalewam, wstrząsam w drodze powrotnej i gotowe. Termos zajmuje honorowe miejsce między czajnikiem a dzbanuszkiem do Jego herbatek. Nasz wybawiciel w nocnych zmaganiach z nagłym głodem małego szkraba. 

8. Flanelowe pieluchy

Już w szpitalu były przydatne. Mościłam nimi te śmieszne plastikowe łóżeczko, żeby Malutkiemu było przytulnie i miło. W domu przydawały się do karmienia, przytulania przez Niego, zakrywania w wózku od wiatru i dziesiątek innych czynności. Pieluszka towarzyszy nam wszędzie razem z Piesiem i chusteczkami. W początkowej wyprawce kupiłam ich dziesięć, teraz mamy już koło dwudziestu. I spokojnie wystarczają przy praniu raz w tygodniu. I te urocze wzorki… :)

 7. Leżaczek – bujaczek

Jeszcze zanim Malutki się urodził – wspólnie postanowiliśmy o zakupie tego ustrojstwa na Boże Narodzenie. Jako że na posterunku wychowania naszego szkraba zostałam przed Świętami sama – również sama tej obietnicy za nas oboje dotrzymałam. W ten sposób Malutki stał się szczęśliwym posiadaczem i jeszcze szczęśliwszym bywalcem w leżaczku, nazywanym też bujaczkiem. Żaden wypasiony, powszechnie chwalony gadżet z dotąd wypróbowanych nie przyniósł mi tyle radości i chwil, kiedy miałam wolne obie ręce. Malutki leżał sobie w nim, bawił się grzechotkami albo po prostu spał a ja bujałam go, popychając lekko nogą i w tym czasie mogłam prasować, posiedzieć nad projektami czy zająć się czymkolwiek istotnym. Sielanka trwała dopóki nie podjął prób wstawania a miały one miejsce niedługo po tym, jak nauczył się siedzieć. Wówczas to leżaczek stał się wręcz niebezpieczny, bo Malutki nie miał w zwyczaju robić czegokolwiek powoli i delikatnie, tylko z impetem chwytał się czegokolwiek i wstawał. Nieubłaganie zbliżał się ryzykowny moment, gdy razem z leżaczkiem fiknie koziołka i wyląduje na podłodze. Jakiś czas leżaczek służył jako ozdoba, tudzież półeczka na wysuszone pranie oczekujące prasowania. Później został złożony, spakowany i wyeksmitowany na strych rodziców, bo u nas tylko zaczął zawadzać. Polecam jednak każdemu w pierwszych miesiącach życia dziecka!

6. Kawa

Boże, co ja bym bez niej zrobiła?! Hektolitry kawy przelały się przez filiżanki, kubki i inne szklanki przez ostatnich dziesięć miesięcy. Zwykle nie mam zbyt wiele szczęścia i zdąży wystygnąć zanim do niej zasiądę, ale kofeina swoje robi. I chwała jej za to. Z niesmakiem wspominam okres pierwszego i drugiego roku studiów, kiedy to sen zastępowałam Red Bullem i jemu podobnymi. Nie miałam czasu na sen. Bo praca. Bo studia. Bo druga praca. Do dzisiaj na podobne napoje nawet spojrzeć nie chcę, mdli mnie na sam widok. Czasem wypiję, z lodem i cytryną ale to pojedyncze przypadki. Tatuś uwielbia je pić, zawsze mieliśmy w lodówce kilka dla Niego. Co mnie zawsze dziwiło- ani one ani kawa na Niego kompletnie nie działają, może zaraz po wypiciu pójść spać. Mnie kawa ratuje od miesięcy. Zawsze o świcie, po chwili zaledwie snu. Zawsze w ciągu dnia, gdy dopada kryzys i nieposkromiona ochota na drzemkę. Zawsze wieczorem, gdy praca czeka.

5. Chusteczki nawilżane

O nich można pisać i pisać. W pierwszych tygodniach życia przydawały się głównie do przewijania. Teraz dosłownie do wszystkiego – Malutki ciągle się czymś brudzi, coś brudzi i natychmiast wymaga to wyczyszczenia zanim wyląduje w buzi albo na ubranku. Są niezastąpione na spacerach, gdy rączki, buzia, zabawki a czasem nawet wózek upaprane zostają biszkopcikiem. Ratują sytuację, gdy przecier z jabłek ląduje w moich włosach albo na czymkolwiek dookoła. Opakowanie chusteczek zawsze mamy przy sobie. Przyłapałam się ostatnio na tym, że szukając na poczcie długopisu w torebce, natknęłam się również na nie, mimo że Malutkiego ze mną nie było. Nawyk noszenia ich ze sobą zawsze i wszędzie na dobre już zagościł w moim – naszym – życiu. 

4. Fasolka

O niej pisałam już kiedyś tutaj, ale zasługuje na kolejne słowa pochwały. Dzięki firmie Motherhood zyskaliśmy prawdziwego przyjaciela naszego snu. Naszego, bo przysłużyła się i Malutkiemu i dla mnie również. Dzięki niej mamy swój wieczorny rytuał. Układam Fasolkę na swoim łóżku, na nią ulubioną pieluszkę flanelową synka i układam Go w niej z butelką mleczka. Mniej więcej w połowie jedzenia zaczyna zasypiać a reszta posiłku przebiega już na śpiocha. Kiedy już zje, chwilę Go noszę na rękach, żeby się Jemu odbiło i tak słodko śpiącego odkładam do łóżeczka. W nocy Fasolka towarzyszy mi, wśród innych moich poduszek. Znakomicie odciąża zmęczone mięśnie po całym dniu. A po porannym mleczku Malutki ląduje z powrotem na niej i śpi sobie koło Mamusi. Bez wątpienia Fasolka jest niezastąpiona. I szczerze żałuję, że nie odkryłam jej dużo wcześniej.

3. Nakręcany księżyc z Pepco

Kolejny z absolutnie fenomenalnych gadżetów. Pierwszy taki dostaliśmy w prezencie. Podobno do noworodka nie przychodzi się z pustymi rękoma – taką też zabawkę między innymi zawierała torba upominków przyniesiona przez właściciela wynajmowanego przez naszą trójkę mieszkania. Od pierwszych dni stał się naszym usypiaczem. Uspokaja, usypia i pięknie wygląda – wcześniej przywiązany do łóżeczka, teraz do komody – kolorowy i estetyczny. Kiedy jego żywot dobiegł końca, w pocie czoła biegałam po sklepach i szukałam takiego samego. Na szczęście nie sprawiło to większego problemu. To nasz strażnik spokojnego snu Malutkiego. I zbawienie dla mnie – śpiewanie kołysanek nie jest już konieczne.

2. Zmywarka

Bardzo duże ułatwienie i oszczędność zarazem. Bo oszczędzam przede wszystkim czas i wodę. Przez cały dzień filiżanki, kubki czy talerze zamiast w zlewie, lądują po prostu w zmywarce a wieczorem dołączają do nich butelki i inne akcesoria Malutkiego, dzięki czemu mam też z głowy wyparzanie. Zmywam w niej bez użycia wszelkich kapsułek czy tabletek więc jest to bezpieczne. Podobne środki wrzucam tylko, gdy naczynia są w czymś tłustym czy trudnym do wyczyszczenia, co praktycznie się nie zdarza, bo od niepamiętnych czasów – a raczej od chwili, gdy zostaliśmy we dwoje – obiadów raczej nie gotuję, chyba że spodziewam się gości. Gdybym miała wszystko zmywać ręcznie, wyparzać butelki jak na początku i tak dalej – traciłabym sporo cennego czasu. A im Malutki jest starszy, tym więcej mojej uwagi i czasu wymaga, więc korzystamy na tym oboje.

1. Piesio

Najlepszy przyjaciel Malutkiego. Nie rozstaje się z nim nawet na jeden dzień. Niestrudzenie ciąga go po podłodze przy raczkowaniu, z entuzjazmem rzuca nim po kątach, liże, ślini i rozciąga. Piesio towarzyszy nam na spacerach, podczas posiłków ( notorycznie upaprany zupką albo innym trudno zmywalnym czymś ), przy wszelkich wyjazdach czy wizytach u lekarza. Ma swoją własną kieszonkę w mojej torebce, do której zawsze jest chowany, gdy gdzieś z nami wyrusza. Nie wiem, co się stanie, jak Piesio się kiedyś po prostu rozsypie ze starości, bo – póki co – nigdzie takiego nie udało mi się znaleźć i kupić jego następcy. Oby w końcu gdzieś się takowy znalazł.

* * *

Pomijam oczywiście wszystko, co niezbędne: butelki, pampersy i inne im podobne. Jest też wiele rzeczy, które absolutnie się nie przydały i takich, które po kilku dniach a nawet godzinach lądowały w kącie. Chodzik – z uwagą dobierany, grający i mrugający – po czterech dniach przestał wzbudzać minimum zainteresowania. Smoczki przydały się w pierwszych dwóch miesiącach, teraz służą do rzucania nimi po podłodze razem z innymi zabawkami. Bez końca można też mówić o tym, dlaczego bodziaki są lepsze od najwytworniejszych nawet ubranek a śliniaczki ratują życie podczas posiłków.

Póki co trzymam się swojej listy i polegam na tym, co niezastąpione w naszej codzienności. Dodatkowa para rąk byłaby mile widziana, ale tak jak jest – też jest te radzenie sobie całkiem wykonalne. Dobra organizacja to podstawa. I niech tak zostanie.

  11 comments for “top 10 niezastąpionych rzeczy przy wychowywaniu dziecka w pojedynkę

  1. ~Damian
    23 sierpnia 2015 o 12:36

    Telewizor rzecz święta!
    Miłej niedzieli!

  2. ~Dominika
    23 sierpnia 2015 o 00:43

    Tobie chyba zamiast krwi w zylach plynie kawa. ;)
    Podziwiam Cie za sile i organizacje.
    Ja bym nie dala rady chyba zyc w takim tempie.

  3. ~brendi kuk
    23 sierpnia 2015 o 00:06

    Jesteś w pełni zorganizowana, tak trzymaj. Powodzenia!

  4. ~czesława63
    22 sierpnia 2015 o 23:05

    Mądra i zaradna mama z Ciebie :)

  5. ~AndrzejA
    22 sierpnia 2015 o 19:10

    Czytam kolejny wpis a przed oczami wciąż mam zdjęcie sukni ślubnej z porpzedniego. Wiele o Tobie mówi – jestes tak subtelna i delikatna, eteryczna… Nie mogę przestac myslec o Tobie w niej. I nie odbieraj tego źle. Po prostu odkryłaś siebie w intrygujący sposób. Pokazując suknie, w której miałaś wystapic w tym najważniejszym dniu w życiu. Jakbys mówiła: Tatusiu, zobacz! To miało byc dla Ciebie! Spiesz się!
    Przepraszam za te słowa.

  6. ~Rafał
    22 sierpnia 2015 o 16:34

    Ja się tylko putam: JAK?! Jak bez minimum wsparcia można wszystko ogarnąć i jeszcze prowadzić tak świetnego bloga?!

  7. ~mizia
    21 sierpnia 2015 o 23:23

    Kreatywność to twoje drugie imię. Tematyka zaczyna robić się tak różnorodna, że sukces juz puka do drzwi :P

  8. 20 sierpnia 2015 o 21:28

    Ja tylko mogę zamienić księżyc na zajączka i piesia na sowę. Nic tak nie poprawia humoru mojej Hani jak przytulanie sowy – pacynki, zakupionej za parę złotych w IKEA. No i my nie odczuwamy braku zmywarki, ale to może dlatego, że i rąk u nas ciut więcej, w Twoim przypadku zupełnie zrozumiałe :)
    A bujaczek to chyba must have każdych świeżo upieczonych rodziców, Nam pomaga bardzo od samego początku :)

  9. 19 sierpnia 2015 o 20:28

    Od początku: tv też u nas stał się ważniejszy odkąd jest dziecko i służy do oglądania bajek przez małą od czasu do czasu. Co do termosu – obyłam się bez niego. Na noc zostawiałam garnuszek przegotowanej wody, którą przez chwilę podgrzewałam na gazie przed podaniem mleczka. Moje dziecko od początku nie lubiło zbyt mocno podgrzanego mleka, wręcz letnie, więc zajmowało to chwilę. Żadne podgrzewacze nie spełniały roli. Pieluchy flanelowe są milusie i fajne i ładne – zgadzam się w całej rozciągłości, że to dzidziusiowe must have ;) Leżaczka bujaczka nie miałam, dlatego że mieszkaliśmy w kawalerce i bardzo walczyłam o ograniczenie liczby gratów. Daliśmy radę, ale chyba przy drugim dziecku skuszę się na wypróbowanie tej dogodności ;) Kawa na mnie nie działa od zawsze. Mogę wypić dla walorów smakowych i pójść spać ;) Red Bulla nie tykam, sam zapach odstrasza. Chusteczek nawilżanych starałam się nie nadużywać, bo podrażniały skórę. Do przewijania używałam płatków kosmetycznych takich dużych namoczonych w czystej wodzie, chusteczki tylko w podróży i na spacer. Fasolki nie miałam i nie testowałam, ale zastanawiam się nad nabyciem takiej większej poduchy do spania dla ciężarnych. Chyba też z Motherhood. U nas rolę księżyca spełniała żaba z pozytywką ;) Zmywarki nie posiadałam w poprzednim mieszkaniu i nie posiadam w obecnym, gdzie kuchnia pozostała bez zmian po poprzednich właścicielach z racji naszego ograniczonego budżetu ;) Aczkolwiek od zawsze o niej marzę. U nas rolę piesia spełnia krowa – kawałek kocyka z głową i kopytkami krowy. Bajaderka kocha i uwielbia krowę odkąd skończyła 3 miesiące. Wystarczyło położyć ją przy buzi i zasypiała. Teraz też jak się do niej przytuli to ma małe oczka ;) Krowa towarzyszy jej we wszystkich ważnych wydarzeniach, np. chodziła z nią do żłobka, jest zabierana do lekarza, na wyjazdy. Generalnie krowy nie można nigdy zapomnieć ;)

  10. ~Mama Lusi
    19 sierpnia 2015 o 12:29

    Termos to świetny pomysł. Chusteczki i zmywarka rzeczywiście niezastąpione. A fasolki to wręcz zazdroszczę. :)

  11. 19 sierpnia 2015 o 10:46

    Każda kobieta ma swoje top 10! :)
    Ale potwierdzam… moje jest zdecydowanie podobne !

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • Twitter
  • Facebook