szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko.

Zrywam się ze snu. Wyskakuję z łózka, przeskakuję poniewierające się na podłodze kapcie w panterkę, w biegu wciągam szlafrok i już jestem przy łóżeczku. Malutki całkowicie rozbudzony siedzi w kąciku, tuląc poduszkę zwiniętą w kulkę. Patrzy na mnie wyczekująco. Biegnę do kuchni, włączam czajnik – wodę wlałam do niego już wieczorem na zaś. Pędzę z powrotem do sypialni. Rozbieram Malutkiego, próbuję założyć Jemu czystego pampersa. Ale gdzież by tam! Goluteńki czmycha spod moich rąk, raczkując po łóżeczku. Łapię Go, pakuję w pieluchę, ubieram. W kilka sekund docieram do kuchni, zalewam zimną wodą przygotowany już wcześniej w butelce proszek, dolewam wrzątku, zakręcam, wstrząsam nią już w drodze powrotnej. Biorę Malutkiego, kładę na swojej poduszce, podaję butelkę. Jego malutkie rączki zaciskają się na niej, słyszę głęboki odgłos przełykania, oczka powoli się Jemu zamykają. Moje jeszcze walczą, chociaż powieki są ciężkie. W końcu zasypia, butelka jest pusta. Otulam Go kocykiem, przykrywam nas oboje kołdrą, obejmuję Go ręką i zasypiam.

Chyba pada deszcz. Ale mokro! Przecieram twarz. Ręka lepi się od ciągnącej śliny. Fuuuj! Otwieram jedno oko. Widzę podniebienie. Takie ludzkie, zwyczajne podniebienie. W wersji mini. Malutki jedną rączką opiera się na mojej szyi, drugą trzyma moich włosów, otwartą buzię tuż przy moich oczach i tak jakby ogląda moje… czoło? Otwieram drugie oko. Zauważył moją aktywność. Z impetem opada na mnie. Przygnieciona prawie dziewięcioma kilogramami nigdy niewyczerpującej się energii, leżę i odwlekam moment podniesienia się. Ghhhrrr! Baaaa! Buuuu! Krzyczy na mnie coraz głośniej, wstaję więc, wkładam Go do łóżeczka i biegnę po butelkę soczku dla małego terrorysty.

Bawimy się na środku mojego łóżka, Malutki niczym walec drogowy zmiata ze swojej drogi wszystko co napotyka, raczkując z ogromnym zaangażowaniem. Zerkam po raz pięćdziesiąty na zegarek. Kiedy ta drzemka?! W końcu zasypia a ja pędzę do pralki, wyjmuje pranie, rozwieszam, włączam kolejne. Szoruję butelki szczotką, rozchlapując pianę, płuczę, wyparzam. Zalewam herbatkę dla Malutkiego, kawę dla siebie, szykuję kolejną porcję mleka. W brzuchu mi burczy ale konsekwentnie ignoruje ogromną lodówkę. Póki co biegnę do salonu, wyrzucam na kanapę całą stertę ubranek, które dopiero co zdjęłam z suszarki, włączam żelazko, telewizor i pospiesznie wracam do kuchni. Chwytam kubek kawy. Kątem oka zerkam na ekran, prasuję kolejne koszulki, śpioszki, układając je na równiutkie sterty, posegregowane według ich przeznaczenia.

Słyszę płacz, wyłączam żelazko, już jestem przy łóżeczku. Przewijam, przebieram, wysypuję z pudła Jego zabawki, trochę z Nim gaworzę i wracam do prasowania, przesuwając się bliżej drzwi, żeby mnie widział. Kończę w końcu prasowanie, układam ubranka w komodzie, chwytam odkurzacz, sprzątam, popijam ohydna już kawę.  Nadchodzi moment posiłku. Malutkiego, nie mojego – oczywiście. Siedzimy sobie wygodnie, brzdąc popija mleczko z butelki, co chwilę robi przerwy, wyjmując z buzi smoczek i rozchlapując mleko gdzie popadnie. Wycieram. Chlapie. Wycieram ponownie. Znów chlapie. OK. Nie wycieram. Wytrę, jak skończy. Więc On nadal rozchlapuje, z tą różnicą, że nie przerywam Jemu ciągłym wycieraniem.

Przychodzi pora obiadowa. Czysto teoretycznie. Zupa z torebki musi dziś wystarczyć, nie mam czasu na gmeranie w garach. Gotowa zupa stoi na blacie w kuchni a ja biegam po mieszkaniu. Kleks w pampersie, wymioty na koszulce i dziki pisk – równoznaczny z przekazem: Mamo, na ręce! – skutecznie odwracają moją uwagę od jedzenia. Przebieram, przewijam, uspokajam. Kiedy zasypia- pędzę włączyć kolejne pranie, umyć butelki, siorbię trochę zimnej zupy, dzwonek do drzwi. listonosz. Polecony. Podpis. Z banku. Rzucam kopertę na biurko, Malutki się budzi. Koperta wpada w moje ręce ponownie dopiero trzy dni później.

Czas kąpieli. Już na sam widok wanienki z rysunkiem kaczuszki zaczynają się dzikie harce. Raczkuje, podskakuje, piszczy, rzuca się na ręcznik. Niczym nieposkromiona radość z nadchodzącej kąpieli w żaden sposób nie daje się ujarzmić. Próbuję Go rozebrać, w tym czas On namierza wzrokiem puder, próbuje Go więc od razu dosięgnąć. W końcu jest nagusieńki, siedzi w wanience, patrzy mi w oczy i otwiera buzię. I zaczyna się. Z całych sił uderza rączkami w wodę, chlapiąc pianą wszędzie. Im bardziej woda się rozpryskuje, tym bardziej On ją rozchlapuje. Próbuję Go umyć. Nie pozwala, wygina się i piszczy. Pozwalam więc Jemu na odrobinę zabawy, zanim podejmę kolejną próbę. W końcu czyściutki i pachnący ląduje w wielkim ręczniczku. Na ułamek sekundy. Jak tylko udaje się Jemu ogarnąć sytuację, od razu zaczyna raczkować w stronę ozdobnej poduszki na kanapie. Niekończąca się szarpanina- On wysuwa się z ręcznika, ja ponownie Go okrywam. I tak w kółko. W końcu jest suchy, przypudrowany i w czystej pieluszce. Wkładam Jemu body. Nie zdążam zapiąć a ich rąbek już ląduje w Jego buzi. Wsuwam Jemu rękawki pajacyka, zapinam guzik po guziczku, walcząc w wierzgającymi nóżkami. Te dziecko chyba nigdy się nie męczy!

W końcu śpi w łóżeczku. Najedzony, otulony cieplutkim kocykiem, uśmiecha się przez sen. Po wyszorowaniu butelek, zgarnięciu Jego zabawek do pudła, posprzątaniu po kąpieli, siadam przy biurku. Na kilka sekund, bo zaraz później słyszę ciche kwilenie. Akcja usypiania widocznie powiodła się z dość krótkotrwałym skutkiem. Zaczynamy więc od nowa. Włączam cichą muzykę, biorę Go ponownie na ręce. Kilkanaście minut później znów śpi. Odpuszczam sobie na razie pracę, idę pod prysznic. Co kilkanaście sekund zakręcam wodę, sprawdzając, czy nie płacze. Błyskawicznie się wycieram. Antyperspirant, olejek na włosy, balsam. Wciągam czyściutkie leginsy i czyściutką tunikę – ciekawe, jak długo przetrwają nieskalane mlekiem, śliną, wymiotami czy czymkolwiek podobnym…

W końcu siadam do pracy. Do trzeciej w nocy piszę, przegryzając to czekoladowymi ciastkami z marmoladą i słoiczkiem  z musem jabłkowo-brzoskwiniowym. Malutki nie polubił tej kombinacji smaków, Mamusia więc dojada zapasy. W końcu kładę się spać a zaledwie kilkanaście minut później budzi mnie płacz. Czuję się, jakby czołg po mnie przyjechał. Chyba zapomniałam już, co oznacza słowo: wypoczęta.

* * * 

I tak zazwyczaj wygląda codzienność za wyjątkiem jednego dnia w tygodniu, kiedy Malutki zostaje z Babcią a ja uzupełniam nam zapasy na cały tydzień, robiąc zakupy w markecie, przy okazji załatwiając inne, nie cierpiące zwłoki sprawy. Marzy mi się masaż w ukochanym salonie, manicure – nie mylić z pośpiesznym paćkaniem lakierem po nocach – albo zwyczajny spacer, bez pośpiechu, nieobładowana torbami niczym wielbłąd, w bezkształtnym worku nazywanym elegancko: oversize. 

Czy fakt, że matka – zajmując się dzieckiem 24 godziny na dobę – ma takie małe, niewinne marzenia, oznacza, że jest złą matką? Tydzień temu wybierałam się na arcyważną dla mnie konferencję. Pierwszy służbowy wyjazd od czasu ciąży. Wszystko opłacone, dopięte na ostatni guzik, łącznie z nową spódnicą. Nie pojechałam. Padło: teraz jesteś matką, ze wszystkiego MUSISZ rezygnować.

Serio?! Jestem matką – fakt niezaprzeczalny. Jestem też i ojcem – prawdziwy się ulotnił, przejęłam więc, chcąc nie chcąc, też i Jego rolę. Muszę więc zarobić na naszą dwójkę, co za tym idzie – nie powinnam odpuszczać obowiązków. Nie wybierałam się na tydzień w SPA, całonocną imprezę czy szał zakupów i innych przyjemności. Czy tylko dlatego, że kiedyś były inne czasy, nie mogę liczyć na pojedyncze epizody wsparcia ze strony starszego pokolenia…?

Z rozczuleniem obserwuję śliczne obrazki: Tatuś zostaje z dzieckiem, Mamusia wychodzi z koleżankami, do fryzjera, wyjeżdża na weekend. Mamusia śpi całą noc, Tatuś wstaje do dziecka. Ale tylko obserwuję. Nie doświadczam. Kocham swojego synka nad życie, uwielbiam być z Nim, dbać o Niego i ogromną satysfakcję daje mi świadomość, że ze wszystkim sobie radzę. Ale czy macierzyństwo musi od razu oznaczać męczeństwo – tak dobitnie wciskane nam od pokoleń? A co z pojęciem: szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko? 

Synonimem szczęścia jest dla mnie widok Jego maleńkich stópek wystających spod kocyka. Poranne obślinianie mojej twarzy. Obserwowanie, jak siada i raczkuje. Wyczekiwanie na pierwsze słowo i pierwszy krok. Szczęście te byłoby pełniejsze, gdyby mogło być dzielone. Ale tak jak jest – też jest dobrze. 

  50 comments for “szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko.

  1. ~Ela
    28 kwietnia 2016 o 11:05

    nie masz jak liczyć chyba na ojca dziecka, co?… jakie to przykre. nawet jesli osobiście trudno CI o to walczyć, to może warto? Dla SYnka… bo jednak spotkania z drugim rodzicem to nie tylko PRAWO dziecka, ale i OBOWIĄZEK (!!) ojca: „ojciec dziecka ma prawo i obowiązek utrzymywania kontaktów z dzieckiem” (cyt. http://www.eporady24.pl/ograniczenie_widzen_ojca_z_dzieckiem_w_czasie_trwania_procesu_rozwodowego,pytania,3,18,1507.html ) jesteś bardzo dzielną kobietą! Pozdrawiam

  2. ~Nieidealna
    24 sierpnia 2015 o 11:07

    Pewnie ktoś mnie zlinczuje za to, co teraz napisze ale..

    Jesteś sama z dzieckiem. Jesteś matką i ojcem w jednym. A co z sytuacjami gdzie jest obecny ojciec dziecka, ale tylko fizycznie ? Który pracuje na rodzine (podobno) , a tak naprawde nie robi nic, aby ta rodzina miala dobry byt ? Ojciec , który najpierw dziecku obiecuje, ze pojdzie na plac zabaw, a za chwile wychodzi nie mowiac gdzie , a mama msi po raz wtory tlumaczyc, ze tatus musi pracowac, i ze na pewno kiedys pojdzie na ten plac zabaw ?

    Wychowywaie w niepełnej rodzinie jest straszne, ale w rodzinie , w której bliski krzywdzi chyba jeszcze bardziej..

    Ps. Jestes wspaniała ! ;)

  3. ~czesława63
    19 kwietnia 2015 o 17:48

    Jesteś bardzo dzielna i silna, chociaż czuje się Twoją tęsknotę za ojcem dziecka. Być może jest złym człowiekiem co jest raczej pewne skoro tak łatwo odpuścił rodzinę. Ale Ty starasz się pamiętać i widzieć w nim tylko to co dobre. Radzisz sobie doskonale z obowiązkami i nie narzekasz. Nigdy nie narzekasz, nie marudzisz. Jesteś silna i wrażliwa zarazem. Życzę Ci, Wam całej trójce byście się w końcu odnaleźli. Wiara w ludzi jest ważna i Ty o tym wiesz.

    • ~werczi
      11 maja 2015 o 01:13

      Oby ta wiara nie była nadaremna i facet był wart czekania… Ojciec powinien być z rodzina a nie gdzieś intrygować po kątach.

  4. ~ewa
    17 kwietnia 2015 o 15:34

    Tabletki antykoncepcyjne …..Prezerwatywy…..
    Jak ci sie zachcialo dzieciaka to teraz nia narzekaj ..
    Twoje dziecko, twoj problem!!!!

    • ~madzia
      23 kwietnia 2015 o 00:08

      Skad w ludziach tyle jadu?
      Antykoncepcja tez zawodzi. Wnioskowac mozna, ze bohaterowie bloga nie planowali ciazy.
      Wpadka, ale dwojga doroslych ludzi, nie dzieciakow.
      Chociaz nie. Ten ojciec to dzieciak.

      Po co tak pryzkre slowa do autorki?
      Widac, ze nie jestes matka albo wrecz przeciwnie– sfrustrowana mamuska, ktora podbudowuje sie hejtowaniem w sieci…

  5. ~Mamabrumbrum
    17 kwietnia 2015 o 08:46

    Mam dwulatka i męża, mimo to twój opis dnia codziennego w 90% pasuje do mojego. Niestety mój mąż nie pomaga mi praktycznie wcale. Tak tak, duuużo pracuje ale bez przesady ….. Ja też pracuję na cały etat i Bogu dziękuję za teściową i mamę, które czasem zajmą się „Gargamelkiem”. Jednak muszę przyznać, że czasami wolałabym już być sama :-) Bo jak już mąż POMAGA to czasem krew zalewa -A gdzie są spodnie? A co mam mu ubrać? Kiedy wrócisz? Zjemy jakiś obiad? Co prawda też robię za wielbłąda obładowana siatami bo z facetem na zakupy to już całkiem grrrrr… A po co? A na co? A potrzebne tyle tego? Lecz przynajmniej nie muszę robić za wielbłąda w domu z maluchem na plecach. To już taty działka :D :D :D A tak na poważnie BABCIE POMAGAJCIE, POTRZEBUJEMY WAS! I TATUSIE TEZ :-)

  6. 17 kwietnia 2015 o 07:56

    Pięknie napisane! I z taką siłą, choć ja czasami mam chwilę zwątpienia dostając wsparcie od rodziny i męża. Jestem pełna podziwu, że jesteś tak fantastyczną Mamą :)
    A ja? Pewnie jak bym musiała też dałabym radę, bo czego się nie robi dla tego promiennego uśmiechu co rano ;)
    Pozdrawiam,
    Anna Maria

    • ~emma
      19 kwietnia 2015 o 00:13

      Racja – sila jest ogromna !!!

  7. ~dorkacz
    17 kwietnia 2015 o 07:25

    Kochana,
    wyluzuj tez troche; a jak spiochow nie uprasujesz to swiat sie zawali? przyzwyczaisz malego ze masz byc na kazdy jek- jak bedzie mial dwa lata to Cie niezle bedzie ganial; odpusc troche- niezawsze trzeba byc perfekcyjna mama; ale gratuluje i z pelnym szacunkiem mowie: jestes bardzo DZIELNA MAMA; jeszcze 30 lat :) i bedzie samodzielny-przynajmniej w pewnym stopniu :)

    • ~LENA
      17 kwietnia 2015 o 11:42

      Dokładnie! Jeszcze 30 lat :P
      a pomyślcie – jeszcze chwilę temu miała dwoje dzieci: ten pożal się Boże Tatuś to też dzieciak, nad którym trzeba skakać…

  8. 17 kwietnia 2015 o 02:27

    WOW wielkie BRAWA dla Ciebie, jestem pod wrażeniem. Jesteś świetną matką, a organizacja to chyba Twoje drugie imię? Życzę dużo siły i niejednej dobrze przespanej nocy!

  9. 16 kwietnia 2015 o 22:55

    Cieszę się, że jednak sposób postrzegania macierzyństwa się zmienia. Kobiety zaczynają rozumieć, że bycie mamą nie warunkuje konieczności chodzenia grubą, śmierdzącą, brudną i zasmarkaną. Nie oznacza, że trzeba siedzieć w domu i na wszystko narzekać. Jest inaczej. :) A Ty z tego co widzę jesteś super mamą!

    • ~TATUŚ
      18 kwietnia 2015 o 16:24

      „bycie mamą nie warunkuje konieczności chodzenia grubą, śmierdzącą, brudną i zasmarkaną” – autorka tego bloga nie wygląda mi na taką :P ale to tylko spekulacje. a Pani słowa w 100 % trafione!

  10. ~mama
    16 kwietnia 2015 o 22:00

    Mama tez jest czlowiekiem…jesli ktos opowiada Ci glupoty w stylu:”teraz z wszystkiego musisz zrezygnowac” to najprawdopodobniej sama tego doswiadczyla…pisze sama- bo w 99% taki komentarz pusci kobieta
    moja tesciowa tez tak mowila, a gdy pytalam jak to bylo u niej( a bylo ciezko i kiepsko, nie raz padala na twarz z przemeczenia) to mowila ze srednio…wiec moje pytanie…dlaczego trzeba na nowo dokopac kolejnemu pkoleniu kobiet? dlaczego nie mamy miec latwiej?
    nie daj sie….kazda kobieta to czlowiek a dopiero pozniej mama….

  11. ~mama-dwojki
    16 kwietnia 2015 o 20:57

    Kobieto podziwiam Cie. Mam dwoch maluszkow wiec absolutnie wiem o czym piszesz, teraz na dodatek mam prace w pelnym wymiarze godzin- nie miala baba klopotu co! Prosze dla Twojego zdrowia psychicznego nie prasuj spioszkow ani niczego innego co w momencie zalozenia bedzie obrzygane, oplute, oblane, wysmarowane- niepotrzebne skreslic ;) i nie wyparzaj butelek, ja ma 9 miesiecznego synka ktorego karmie butelka prawie od urodzenia, wyparzalam przez pierwszy miesiac i pozniej przestalam jak skojarzylam jaka to strata czasu i energii, a wystarczy umyc plynem do naczyn :) dodatkowo- dziecku nic sie nie stanie jak chwile poplacze a Ty wezmiesz prysznic i umalujesz oko, bedziesz sie lepiej czuc co z kolei odbije sie pozytywnie na dziecku :) podobnie z jedzeniem- nie zapominaj o sobie, naprawde szczesliwa mama to szczesliwe dziecko! Powodzenia :)

    • ~Anka
      16 kwietnia 2015 o 23:10

      Popieram w całej rozciągłości. Prasowanie ciuszków dziecku to tylko strata Twojego czasu i energii. Mój mały od urodzenia nosi niewyprasowane i żyje, i dobrze się ma ;) Wyparzanie butelek dla półroczniaka, który i tak wszystko ładuje do buzi to kolejny zbytek troski. A co do własnego samopoczucia, to na pewno lepiej człowiekowi na duszy, jak zje coś, ubierze czysty ciuch i chociaż rzęsy pomaluje. Nie daj się terrorowi babć – matka małego dziecka jest też – a w zasadzie przede wszystkim jest – kobietą :) Powodzenia!

      • ~mizia
        19 kwietnia 2015 o 11:58

        Butelki wystarczy tez wlozyc do zmywarki, jesli posiadasz ten przybytek ;)

  12. ~Aga
    16 kwietnia 2015 o 19:58

    oh jak ja to doskonale rozumiem…z tym że do raczkowania mamy jeszcze czas bo córcia ma 4 miesiące…ale jej drzemki trwają po kilkanaście minut i ciężko cokolwiek zrobić… ale ta radość gdy dziecko się uśmiecha wynagradza samotne macierzyństwo

  13. ~Anastazja
    16 kwietnia 2015 o 19:42

    Powiem jedno- ten facet powinien zrobić wszystko, by z Wami w tej codzienności uczestniczyć. I by sprawić, by cała Wasza trójka była szczęśliwa. Jak na ojca przystało!!!

  14. ~Wiolka
    16 kwietnia 2015 o 19:32

    Rady na zaoszczędzenie czasu :) po co prasować ubranka dziecka, które zaraz znów są do prania, wystarczy ładnie powiesić po praniu. Ja do tej pory prasuje małemu (ma już 3 lata i chodzi do przedszkola) tylko eleganckie koszulki i ubranka na jakąś okazję np. święta :). Wyparzania butelki po każdym użyciu też nie uważam za konieczność, raz na jakiś tydzień wyparzyliśmy, a tak to tylko woda i już, zaraz znów przecież się używa, zbytnia sterylność zwiększa ryzyko alergii, to udowodnione naukowo :). No i jak dziecko nie jest kąpane codziennie to też nic mu nie jest :)
    Poza tym spokojniejsza mama to i spokojniejsze dziecko, więc mimo, że wszystko na Twojej głowie, to czasami można coś przełożyć na później. Powodzenia życzę.

    • ~nataliss
      21 kwietnia 2015 o 01:36

      Moja przyjaciolka kapie coreczke co drugi dzien, ubranek nie prasuje, w domu sprzata w soboty. Nic na sile, lepiej sie zdrzemnac w trakcie drzemki dziecka.

      • ~madzia
        23 kwietnia 2015 o 00:06

        I to jest najodpowiedniejsza rada! Nic na sile ;)

  15. ~Kasia
    16 kwietnia 2015 o 18:18

    Nie przejmuj się brakiem tatusia,u nas tatuś jest,a mama wokół czwórki dzieci zasuwa jak mały samochodzik,o starym nie wspominając,on jest jak piąte dziecko,tylko jeszcze bardziej wymagające.A gdy wspomnę o chwili relaksu dla siebie każdy patrzy na mnie jak na kosmitę-kto mając czwórkę dzieci chce iść z koleżanką na kawę?Z kim chce je zostawić?Skutek jest taki,że jeśli gdzieś wychodzę,to przynajmniej z dwójką młodszych dziewczynek u boku.Nie martw się,dzieciątko podrośnie szybko i nie zawsze na szczęście będzie chodzić wszędzie z mamą.Jak czytałam Twój wpis,to jakbym widziała siebie-moja najmłodsza ma siedem miesięcy i właśnie opanowała raczkowanie i wstawanie przy czym się da.Przebieranie jej to niezła gimnastyka!

    • ~LENA
      17 kwietnia 2015 o 11:40

      Czwórka dzieci to wyzwanie! :)

  16. 15 kwietnia 2015 o 21:47

    Szkoda, że nie możesz liczyć na zrozumienie i pomoc rodziców. Od czasu do czasu, tak tylko by naładować baterie (wcale nam matkom nie jest to potrzebne bardzo często, ale czasem jest konieczne). Na pocieszenie powiem, że te ciężkie początki naprawdę szybko mijają, czas strasznie szybko leci i zanim się obejrzysz to małe bobo już nie jest małym bobo, a Ty mimo wszystko tęsknisz za tymi czasami :)

  17. ~żuczek
    15 kwietnia 2015 o 21:10

    Trzymam kciuki za to, żeby kolejny wyjazd wypalił. WSZYSTKO BĘDZIE OK !!! :)

  18. 15 kwietnia 2015 o 12:25

    Uff, udalo mi sie przeczytac ze spokojem, bo syn spi. Dajesz rade, ale czy matki nie sa do tegk stworzone? Moja mama miala bardzo podobnie jak nie tak samo, ze mna. Podziwiam ja i Cb za to, ale takie my jestesmy, zorganizowane, odkladajace swoje potrzeby na bok, na potrzeby dziecka. Pomimo, ze mam faceta i mame u boku zdarza sie dosc czesto ze i tak wszystko na mojej glowie. Mlody jest tak mnie uczepiony, ze nie ma zmiluj. Mama i tylko mama, zawsze i wszedzie gdzie jestem jest i On, musi jesc robic i byc tam gdzie Ja. Czasem czuje sie jakbym byla sama, bo tatus przewinie okey, wykapie sie z mlodym, pobawic sie nie oobawi, bo nie wie jak, a On i tak woli mame, z ta swiadomoscia, ze ma sie obok osoby do pomocy, ktore w najbardziej potrzebnych sytuacjach jak teraz gdy jestem w ciazy pomagaja tylko na chwile, jest mi jeszcze ciezej, bo ta swiadomosc, ze nie jestem sama, a tak na prawde sa dni gdzie jestem tylko ja i syn, reszta sobie odooczywa, a ja? W ciazy z ryzykiem? Zasluguje na odpoczynek, ale nie, bo syn chce tylko mnie… eh, jestesmy twarde, ale potrafimy dostac w kosc.

    P.s u nas kapiel podobnie, woda pryska na cala lazienke a matka pokra od pasa w dol ale ta radosc, ten pisk!

  19. 15 kwietnia 2015 o 08:41

    Wszystkiego dobrego dla synka z okazji ukończenia pół roczku :-*

  20. ~gosc
    15 kwietnia 2015 o 01:36

    świetna matka z Ciebie! :)

  21. ~Weronika90
    15 kwietnia 2015 o 00:40

    Świetnie napisane po raz kolejny, kolejne pewnie będą też. Masz talent, wykorzystaj to !

  22. ~MARCIN
    14 kwietnia 2015 o 23:54

    Smutne jest to, że piszesz lekko, dowcipnie, z przymrużeniem oka o Waszym trybie dnia. Dlaczego smutne? Bo ten cały Tatuś powinien chcieć chociaż o tym mówić, rozmawiać, czytać, zrobić cokolwiek. Ale on nie robi NIC. Kompletnie NIC. I mimo że masz tyle na głowie, nie czuje się tu frustracji, złości, żalu. Mówisz, że jest dobrze jak jest. Ty i synek to zgrany team, ten facet nie jest Wam potrzebny. Przyjdzie dzień że to zrozumiesz mamo-sama.

    • ~50shadesgrey
      15 kwietnia 2015 o 00:28

      Prędzej chyba przyjdzie dzień, że ten facet cokolwiek zrozumie…

      • ~nataliss
        21 kwietnia 2015 o 01:34

        Nieprawda! Autorka powoli dochodzi do wniosku ze ten gnojek nie jest im potrzebny. To sie czuje. I chwala bogu!

  23. ~dziewczynazlublina
    14 kwietnia 2015 o 16:16

    Szczęście te byłoby pełniejsze, gdyby mogło być dzielone. Ale tak jak jest – też jest dobrze.

    ten cytat powinien stac sie Twoim mottem. jest dobrze. radzisz sobie, znajdujesz w tym radosc a jedyne co musisz teraz udowodnic sobie, Tatusiowi, jego rodzince i wszystkim innym to wlasnie to, ze doskonale Ci idzie! pod niczym sie nie uginaj, z niczego nie rezygnuj i WALCZ o kazdy drobiazg, na ktorym Ci zalezy!!! :)

    • ~ewa
      14 kwietnia 2015 o 17:12

      Znakomicie to Pani ujęła. Autorka powinna dokładnie tak na patrzeć. :)

  24. ~tomasz
    14 kwietnia 2015 o 14:53

    Dzieci to niegasnące źródła energii. ;) Ale Ty Mama-sama – jesteś niesamowita! Doskonale wszystko ogarniasz, bez zaniedbywania niczego. A wyjazd? Nie ten to inny, jeszcze się uda.

  25. 14 kwietnia 2015 o 14:25

    Nie mam życia prywatnego…. i dobrze mi z tym :) Jedyne czego mi brakuje do szczęścia to pełna rodzina. Brakuje nam w szarej codzienności mamy. Mama szarej codzienności nie potrzebuje ;)

    • ~50shadesgrey
      15 kwietnia 2015 o 00:25

      Czytam i Pana bloga i tego tutaj. Dwie sprzeczne historie. Pan czeka na Mame, autorka czeka na Tate. Dwie niepełne rodziny, mam nadzieje, że obie sie w końcu dopełnia.

      • ~spys
        16 kwietnia 2015 o 22:51

        Tez czytam oba. I za oba trzymam kciuki. :)

  26. ~Mama Lusi
    14 kwietnia 2015 o 14:07

    Opis Waszego dnia czyta się jak dobra książkę akcji- piszesz tak dynamicznie, że ten pospiech niemal się czuje. ;) Mimo wszystko podziwiam, że tak doskonale sobie radzisz, bez narzekania i marudzenia, które towarzyszy nawet tym, którzy nie mają ku temu w większości powodów.

    • ~xlander
      14 kwietnia 2015 o 22:24

      Dokładnie! Opis czyta się tak dynamicznie, że to aż niesamowite! :) krew szybciej płynie, ciśnienie rośnie, nerwy na postronkach,b o nie wiadomo, co przeczyta się za chwilę.

  27. 14 kwietnia 2015 o 14:00

    Radzisz sobie ze swoim dzieciątkiem na 6!!
    Mama, która sama wychowuje swoje dzieciątko ma utrudnione zadanie ale to nie znaczy , że sobie nie poradzi. Poradzi, czasem nawet lepiej. Przeszłam przez to przez ładnych kilka lat. Pewnie, że wielką pomocą może okazać się rodzina, babcia czy ktoś inny. W moim przypadku babcia rozpuściła syna i miałam z tym spory problem:( A że mieszkaliśmy kilka bloków od siebie, a ja chodziłam do pracy, nie dało się kontrolować.
    Oczywiście, że mamie się należy to czy tamto.Chociaż tak naprawdę nie pamiętam kiedy byłam podciąć włosy. Zaraz byłyby telefony, kiedy będę , czy długo jeszcze , ehhh Teraz nie jestem sama, ale tak naprawdę sama. Sama na co dzień, sama zakupy, sama wszystko. W nocy ja wstaję do małej, ja karmię. Jestem wykończona a tu w połowie czerwca powrót do pracy.
    pozdrawiam serdecznie

    • ~Piotr
      14 kwietnia 2015 o 22:00

      Matka to zajęcie na cały etat. Ale autorka ma podwójnie kieps]ko, bo musi byz też i ojcem… :/

  28. ~Niedobramadzia
    14 kwietnia 2015 o 13:41

    Lubię Cię :)

    • ~Dominika
      14 kwietnia 2015 o 21:39

      A da się nie lubić…? ;>

      • ~50shadesgrey
        15 kwietnia 2015 o 00:22

        good question ;d nie da się nie lubić! widzę, że coraz więcej osób to docenia- pojawiło się kolejne logo partnera :) GRATULUJE!

        • ~spy
          15 kwietnia 2015 o 01:10

          Logo partnera? Dobrze że ktoś jest czujny. Przeoczyłbym. Równiez gratuluję, rozwijasz się autorko.

          • ~LENA
            17 kwietnia 2015 o 11:29

            Kilka dni mnie nie było. A tu nowy partner, prawie 100000 wejść, wyróżnienie ONET-u. Na Facebooku lajki płyną – autorko, szał! :) odliczam czas do chwili, gdy przejdziesz na swoją domenę i stworzysz markę. Blogerom rzadko się to udaje w fajnym stylu – Tobie się uda.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • Twitter
  • Facebook