przecież niedziela to czas dla rodziny!

Niedziela to czas dla rodziny.

Tak zwykle mawiał Tatuś. Cholerka. To już trzydziesta trzecia niedziela, którą spędza bez nas. Policzyłam. Z nudów – siedząc i czekając aż woda na kawę się zagotuje. Mogłam w tym czasie coś posprzątać albo ogarnąć swoje włosy. Ale po prostu otworzyłam kalendarz i przeliczyłam niedziele rozłąki. Przecież 33 niedziele to ogrom czasu! 792 godziny z życia synka, z których Tatuś zrezygnował. A mowa przecież tylko o niedzielach. Co z pozostałymi dniami…?!

Kiedy miasto dusi się w upale, szef trochę odpuszcza w pracy a właściciel wynajmowanego mieszkania wpada na pomysł jego odświeżenia – który zresztą bardzo przypadł mi do gustu! – nie pozostaje nic innego, jak spędzić kilka dni u Dziadków. Tych samych, którzy sprawili Malutkiemu Jego pierwszy rowerek, który stał się tak nieodłącznym elementem naszej codzienności, że na każdy wyjazd taszczę go ze sobą.

Tak więc pojechaliśmy.

Załadowani bagażami, jakbyśmy co najmniej organizowali przeprowadzkę a nie kilka zaledwie dni urlopu. Bo przecież rowerek. I chodzik. I wózek. I łóżeczko turystyczne. Zabawki, butelki, ubranka, zapas książeczek do obgryzania i czego dusza zapragnie. Do tego trzy zmiany ubrań dla mnie, kosmetyczka z miniaturkami kosmetyków i nieodłączny tablet. Malutki ma pełen bagażnik i pół siedzenia akcesoriów, Mamusia zmieściła się w małą torbę podręczną. Cóż za dysproporcja.

Po trzech dniach, mając w perspektywie dwa ostatnie i rychły powrót, nastąpiła niedziela. Czyli dziś. Wstałam o 5, nakarmiłam Malutkiego, wróciłam z Nim do łóżka i tak sobie spaliśmy – aż nie dowierzałam – do dziewiątej. Obudził się i od razu ruszył do akcji. Próbowałam Go przebrać, skończyło się na tym, że podskakiwał w miejscu a ja próbowałam zapiąć Jemu pampersa. Po długich i wyczerpujących negocjacjach, kiedy to jako łapówkę wykorzystałam pustą butelkę po Pepsi, udało mi się go ubrać w śnieżnobiałą koszulkę i niebieskie spodenki. Sekundę później już sięgał rączką do dekodera, stojąc przy szafce z telewizorem. Dwie godziny przemieszczania się za nim, odciągania od zakazanych miejsc i podnoszenia, gdy rozpłaszczał się na podłodze, zapominając, co dalej. W międzyczasie BoboFrut i plama na wspominanej, śnieżnobiałej koszulce.

Telefon zawsze dzwoni w najmniej oczekiwanych momentach.

Więc zadzwonił. Usłyszałam kilka zdań, które brzmiały dość nieprawdopodobnie. Jest niedziela, pora obiadowa, ja mam urlop. A na dodatek jestem daleko. Mimo to słyszę o spotkaniu. Dzisiaj. Konkretnie to za nieco ponad godzinę. Nie ma możliwości odmowy ani przełożenia. Na ułamek sekundy wpadłam w panikę. Przecież teleportacja nie istnieje! Jak tego dokonać?! Szybki, głęboki oddech i proste rozwiązanie: Malutki 3-4 godzinki pobawi się z Babcią a ja pojadę i szybko wrócę. Brawo!

W biegu zapytałam o taką możliwość, przygotowałam Jemu herbatkę, zmieniłam pieluchę i wygrzebałam swoje granatowe cygaretki. Popędziłam do łazienki. Puder, eyeliner, włosy w kok. Czarna koszula. Telefon, tablet, kalendarz. Gotowa! Ruszam! Jakieś 50 kilometrów później dostrzegłam, że w swoich urokliwych balerinach widzę błękitne skarpetki w granatowe kotwice.  Świetnie. Żebym tylko nie zapomniała zdjąć!

Po prawej burza, po lewej burza, nade mną słońce.

Z prawej strony, nad lasami, co chwilę niebo rozjaśniały błyskawice. Z lewej strony ściana deszczu. A nade mną świeciło słońce. Strach przed zbliżającymi się z obu stron burzami potęgował fakt, że im bliżej miasta- tym więcej powalonych drzew leżało przy drodze. Po prostu pięknie. Kiedy minęłam małe Punto przygniecione złamanym drzewem- lekko się przeraziłam. Na wjeździe do miasta pierwsza niespodzianka- zaraz przed doskonale mi znanym wiaduktem wszyscy zaczynali gwałtownie hamować i zmieniać pas na lewy. Droga przypominała jezioro. Zalana.

W końcu dotarłam. Kameralne osiedle. Rodziny z dziećmi na balkonach, przy bramie wracający lub wychodzący na spacer. Śmiechy, piski maluchów. Uroczo. Pędziłam do klatki schodowej, później do windy. W windzie na szczęście było lustro. Poprawiłam okulary, przygładziłam włosy i wyszłam na trzecim piętrze. W tym samym momencie otworzyły się drzwi mieszkania. Kilka minut później okazało się, że w JEDNYM miejscu zabrakło parafki. Podpisujemy więc od nowa. Oczywiście. Podpis tu. Podpis tam. Parafka tu. Parafka tam.

Bunt dwulatka w ramionach Taty traci na sile.

Mąż wszystko podpisał, żona zajęta dotąd ich dwuletnim synem, zajmuje jego miejsce a ojciec idzie w kąt pełen zabawek. Chłopiec siedzi w wielkim pudle z klockami i krzyczy wniebogłosy, wyrzucając pojedyncze z nich- zupełnie na oślep- w głąb salonu. Popis przed gościem – tłumaczy ona. OK. Przyjęłam do wiadomości. Trochę przeraża mnie panujący wszędzie nieład – zabawki zajmują każda wolną powierzchnię. Czy za rok nasze mieszkanie będzie podobnie wyglądać…?

Ojciec podnosi chłopczyka, przytula i z nim na rękach idzie na taras. Słyszę, jak tłumaczy jemu, co widzą. Opowiada o tym, dlaczego sąsiedzi siedzą na swoim balkonie i dlaczego kwiatki w doniczkach są mokre. Przecież padał deszcz- mówi ciepło do malca. Dusi mnie żal i wzruszenie. Ojciec z ukochanym synkiem na rękach pokazuje jemu świat z balkonu ich domu. Domu, gdzie jest dwoje rodziców, miłość i dziecko, którego istnienie temu ojcu nie jest obojętne. Zbieram dokumenty, ściskam rękę na pożegnanie i czym prędzej wychodzę. W windzie zaczynają płynąć łzy.

Powroty bywają trudne, gdy w sercu taki ciężar.

Powrót równie męczący, chociaż już bez tego pośpiechu. Mijam ulice, znane mi od lat, ludzie sprzątają sprzed swoich domów gałęzie, strażacy wypompowują wodę skądś, pomoc drogowa holuje samochody. Tylko przez ułamek sekundy myślę o Tatusiu – gdy mijam tabliczkę z nazwą Jego miejscowości, wyjeżdżając z miasta. Zastanawiam się, czy mieszka wciąż tutaj czy już w nowym domu – po drugiej stronie jeziora.

A później odczytuję SMS, by kupić kilka rzeczy, wracając. Cholera. I znów ten pospiech. jest niedziela. Przecież markety zamykają o wiele szybciej. Gdy w połowie drogi mijam Mc Donald’s – zwyczajowo mój rutynowy przystanek na tej trasie, z bólem serca muszę sobie odmówić kawy, na którą po prostu nie mam czasu. Przecież zakupy. Przecież zamknięcie marketu.

Zaraz po powrocie idę do łóżka.

Marzę o łóżku. Stercie poduszek, ciepłym kocu i drzemce. Zrzucę buty, torebką cisnę w kąt i o d p o c z n ę. Do marketu wpadam trzy minuty przed planowym zamknięciem, biorę z półek co trzeba, płacę i wybiegam. Przed domem rodziców czeka już Malutki w swoim wózeczku. Czas spaceru. Odkładam torebkę i przejmuję Go. Łóżko poczeka. Przecież nie jestem aż tak zmęczona.

Powolutku idziemy sobie ulicami, kiwam głową na powitanie sąsiadom i znajomym rodziców. Modlę się w duchu by nikt nie zagadał. Nie mam dziś sił na kurtuazyjne rozmowy. Zamieniłam tylko kilka słów z mamą koleżanki, przyjęłam kilka komplementów ( Jaki on śliczny! Jak dziewczynka! A Ty jaka szczuplutka! I chyba włosy ciemniejsze? ) i wróciliśmy. Kąpiel, mleczko, książeczka i Malutki zasnął w swoim turystycznym łóżeczku z rysunkiem owieczki.

Ci, którzy są dobrzy w wymyślaniu wymówek- nie są zwykle dobrzy w niczym innym.

Nie wiedziałam, czy najpierw wziąć prysznic, umyć butelki, coś zjeść czy popracować. Ostatecznie wstawiłam wodę na kawę, poszłam pod prysznic a po wyjściu z łazienki posprzątałam, poszukałam jakichś ciastek i siadłam do komputera. Zamiast pracować – myślałam o Tatusiu. Jak to jest żyć z myślą, że gdzieś żyje własne, pierworodne dziecko i nie czuć potrzeby go zobaczyć? Nie tęsknić? Nie chcieć przytulić? Niepojęte.

Z tymi pytaniami w myślach zasnęłam na klawiaturze a o drugiej obudził mnie pisk Malutkiego, dopominającego się o mleko. Tatuś pewnie przewracał się na drugi bok w tym czasie. Tak łatwo żyć bez ojcowskich obowiązków. Ciekawe tylko, czy równie łatwo przyjdzie Jemu żyć z wyrzutami sumienia albo nienawiścią dorosłego już kiedyś syna.

  12 comments for “przecież niedziela to czas dla rodziny!

  1. ~dawid
    24 lipca 2015 o 23:40

    Sposób w jaki o nim piszesz powoduje juz nie wzruszenie a smutek.facet odezwał się tu kiedyś na blogu wiec wie o jego istnieniu. To takie miejsce gdzie może wejść i przekonać się jak bardzo jest kochany i wyczekiwany mimo że nie zasługuje na to. Idiotą jest. Kiedyś będzie żałował. I to bardzo…

  2. 22 lipca 2015 o 23:33

    Z tego co zrozumiałam, to osiem miesięcy nie jesteście ze sobą, a to trochę mało, by przestać kochać i dużo, by czuć ogromny żal

  3. ~MamaLusi
    22 lipca 2015 o 22:52

    Tak łatwo żyć bez ojcowskich obowiązków. Ciekawe tylko, czy równie łatwo przyjdzie Jemu żyć z wyrzutami sumienia albo nienawiścią dorosłego już kiedyś syna. -> długo kazałaś czekać na takie Twoje słowa… W końcu!

  4. ~andreksandra
    22 lipca 2015 o 18:34

    Czy tylko ja zauważyłam zmianę? „Kolorowe” tytuliki już z nami zostają? ;)

  5. ~AndrzejA
    22 lipca 2015 o 16:15

    Czuć tak wielki żal… Podziwiam, że umiesz wciąż go kochać zamiast nienawidzić. Bo wierzysz jakby mniej. Coraz mniej…

  6. ~Wojciech
    22 lipca 2015 o 01:26

    Czy tylko we mnie uderza tu znieczulica starszego pokolenia? Samotna młoda matka cała niedziele w biegu bez posiłku czy chwili odpoczynku ale nikt nie wpadnie na pomysł by zrobić jej herbaty czy wyręczyć w kąpieli czy spacerze dziecka. Jesteś traktowana trochę jak jakiś robot. Jakbyś musiała mieć nadludzkie moce do podolania temu wszystkiemu czym można obdzielić kilka osób. Podziwiam za brak frustracji. Serio.

    • ~brownie
      22 lipca 2015 o 13:53

      To raczej wspomnienie innych czasów. 20-30 lat wszystko było inne. Rodzice autorki zapewne, jak w większości przypadków prezentowali standardowy model: matka w domu, ojciec pracuje. Wtedy kobieta zajmowała się domem a facet zarabianiem. Teraz jest inaczej. Na dodatek autorka pełni role obojga rodziców. A dla starszego pokolenia OCZYWISTE jest, że matka MUSI miec na wszystko czas i siłę, nieważne ile miałaby na głowie.

  7. 21 lipca 2015 o 22:33

    Tak mi sie dobrze i smutno czyta Ciebie.

  8. ~Marta
    21 lipca 2015 o 21:16

    To tak, jakbyś wypisała moje myśli…

  9. ~Buci
    21 lipca 2015 o 19:48

    O jej… Niesamowite jest zakończenie. Bardzo chłodne ujęcie tatusia jak na Ciebie autorko! Bardzo dobre ujęcie zresztą! Syn albo będzie czuł nienawiść albo obojętność. To akurat oczywiste.

  10. ~mizia
    21 lipca 2015 o 19:06

    Mocny tekst! Naprawdę mocna końcówka!

    • ~de.wu
      22 lipca 2015 o 17:03

      Będąc z kimś musisz mieć świadomość że możesz go stracić. Żeby się bardziej starać. Pielęgnować. Ten Tatuś nie ma tej świadomości bo wie ze Ty zawsze będziesz. Ze zawsze czekasz. Ze zawsze kochasz. I dlatego się nie spieszy. A dziecko? Boi się pewnie obowiązków.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • Twitter
  • Facebook