nieważne, ile razy upadasz – po prostu zawsze wstawaj!

Często mówi się, że nieważne ile razy upadamy – ważne jest to, ile razy wstajemy. Absolutnie się z tym zgadzam. W stu procentach. W tysiącu procent. Nie liczy się upadek. Liczy się to, jak z niego się podnosimy. Silniejsi, bogatsi w doświadczenia. Każde z takich małych zwycięstw nad własnymi słabościami to cegiełka dokładana w budowaniu naszego charakteru i siły. Nic dodać nic ująć. A co, jeżeli któregoś razu nie wstaniemy? Jeśli coś poszło nie tak, zabrakło motywacji, pomysłu, siły? Dlaczego łatwo się poddajemy? Dlaczego odpuszczamy?

* * *

Oczekujemy szybkiego rezultatu. Gdybyśmy, zaczynając dietę, chudli jeszcze tego samego dnia – któż by się nie skusił? Gdybyśmy, chcąc zacząć biegać, już pierwszego dnia pokonywali trasę równą półmaratonowi – któż by stawiał na systematyczny, ciężki trening? Gdybyśmy, próbując skończyć studia, zdawali każdy egzamin bez większego nakładu pracy – któż by traktował naukę poważnie?

Przykłady dość niecodzienne, możnaby rzecz – nieco irracjonalne. Ale nie oszukujmy się – w większości przypadków tego byśmy pożądali. Efektu niemal od razu, natychmiastoweych skutków podjętych przez nas działań. Oczywiście tych pozytywnych skutków. Niestety tak się po prostu nie da, w większości przypadków przynajmniej. Dlaczego? Bo tak naprawdę potrzeba niekiedy bardzo wielu czynników, bardzo dużo siły, samozaparcia by osiągnąć założony cel.

Wielu osobom z mojego bliskiego otoczenia wydawało się przez długi czas, że wystarczy powiedzieć: Zapomnij tak, jak On zapomniał o Was. To miało w zupełności wystarczyć do tego by tak się stało. Ale to nie jest tak banalnie proste, jak sobie życzono. Proces ten był długi, bolesny, tak naprawdę wciąż trwa. Przez każdy kolejny etap musiałam przejść sama, w swoim czasie, na swój sposób. Nie oczekiwałam, że obudzę się któregoś dnia i po prostu nie będę pamiętać. Tak też się zresztą nie stało. Małymi kroczkami docierałam do miejsca, w którym jestem. Do wniosków, do których doszłam. Do emocji, które mną targają. Tych pozytywnych. Nie warto poddawać się tylko dlatego, że coś nie przychodzi od razu. Po prostu nie warto. Często to czas jest naszym największym sprzymierzeńćem.

Przepracowujemy się. O pracoholizmie mogłabym pisać elaboraty. Kto jak kto – ale ja się na tym znam. Z własnego, bolesnego momentami, doświadczenia. W czasach, gdy nie pełniłam roli matki – potrafiłam trzymać w biurze ubranie na zmianę i ręcznik, niekiedy nie wracałam do domu bo zawsze było coś ważnego do zrobienia, jakaś poprzeczka do podniesienia, jakiś cel do odkreślenia. Szczerze? Nie polecam. Absolutnie nie polecam. Owszem, miałam swoje życie. A raczej jego strzępki, wyrywane z szarej rzeczywistości pracy, sprawiedliwie dzielone między przyjaciół, poranne bieganie, kupowane i pochłaniane wręcz książki. Szczerze? Nie polecam. To nie życie, to marna wegetacja. Z czasem nawet te kupowane książki stają się kolejnymi celami, pieczołowicie wykreślanymi w głowie.

Pracoholizm równa się zmęczeniu. Prędzej czy później. Zmęczenie z kolei niechybnie prowadzi do wypalenia. A wypalenie? Każdy to wie. I nie tyczy się to tylko pracy. Czasami po prostu przepracowujemy się, robimy zbyt wiele, zbyt intensywnie. Siły pomijane są w naszych zamiarach. Gubimy się, wykreślając kolejne z celów. Pamiętam, jakby to było wczoraj: umawianie spotkań u psychoterapeuty rodzinnego, umawianie spotkań z Nim, przygotowywanie się do nich, niekończące się starania za dwoje. Pracowałam nad czymś, nad czym powinniśmy byli pracować oboje. W końcu się wypaliłam. Całkiem niedawno pomyślałam: wyślę Jemu zdjęcie Malutkiego. Później z kolei pomyślałam: I po co? I tak nic to nie da. Kilka dni temu Go widziałam. Najpierw usłyszałam. Na jachcie, nad jeziorem. Ironia losu – nie obeszło mnie to. Kątem oka, zza swoich przeciwsłonecznych okularów, wypatrzyłam Go. Ot tak, zerknęłam i tyle. Zero emocji. Zero stresu. My siedzimy tu, on stoi tam. Normalność. Nie warto się przepracowywać staraniami, łatwo o wypalenie. Dalsza praca nad nami za nas dwoje pewnie zaprowadziłaby mnie i tak donikąd ale teraz z kolei czuję głuchą pustkę, której wcześniej nigdy nie doświadczałam.

Myślimy, że mamy coś do stracenia. Oh, banał! Beznadziejny wręcz. Serio?! Jestem ostatnią osobą, która powinna to wyśmiewać, Ale teraz śmieję się z tego w głos. Przez długie miesiące myślałam sobie: dziewczyno, masz dziecko, ten mężczyzna to jego ojciec, on będzie świetnym Tatą – musisz tylko do Niego dotrzeć, musisz tylko stanąć na głowie by go nawrócić, by nie stracić szans na szczęście Waszej małej rodzinki. Chrzanić to! Przyszedł dzień, piękny dzień, gdy powiedziałam sobie: otrząśnij się, idiotko! Chcesz stawać na głowie za dwoje? Chcesz by był obok Was ktoś, kto powiedział Ci, że nie potrafiłaś urodzić? Ktoś, kto nie czuje potrzeby zobaczyć Waszego syna, kupić Jemu pieluch czy chociaż wysłać SMS z banalnym pytaniem, czy brzdąc jest zdrowy? Chrzań to! Chrzań tą miłość. Chrzań tą białą suknię. Chrzań to wszystko! Kochaj Go sobie, jeśli inaczej się nie da ale nie krzywdź siebie i Malutkiego. Nie zrobił nic by z Wami tą rodzinę znów tworzyć. Trzaśnij więc tymi drzwiami, nie rób przeciągu! Odkurz to puste miejsce by goście się nie wybrudzili!

Czasami wydaje się nam, że możemy coś stracić i staramy się do tego nie dopuścić. Czasami nie zdajemy sobie sprawy, że taka strata tak naprawdę będzie dla nas zyskiem. Bo zyskamy coś, na co zasługujemy bardziej niż na to, czego staramy się nie stracić. Tak często się poddajemy w obawie przed utratą czegoś, czego powinniśmy sami się pozbyć. Banalne. I trudne do przyjęcia.

Żyjemy przeszłością. Ojej! Ten blog w dużej mierze jest przecież dowodem przeciwko mnie właśnie w kwestii życia przeszłością. Trzeba być ślepym i głupim by nie zauważyć, że spora część archiwum tej strony to… wspomnienia. Mniej lub bardziej bezpośrednie. Kilka – zwyczajnych na pozór – sytuacji pozwoliło mi się w znacznym stopniu wyswobodzić z pułapki przeszłości. Przytoczę zaledwie jedną, reszta niech pozostanie tajemnicą, póki co. Postanowiłam swego czasu zrobić przemeblowanie, pozbyłam się łóżka, opróżniłam sypialnię, gruntownie wysprzątałam by stała się pokoikiem Malutkiego. Po wstawieniu wszystkiego do niego, okazało się, że jedna ze śrub łóżeczka się obluzowała i za żadne skarby nie pozwoliła się dokręcić, w końcu pękła jej końcówka, jakkolwiek fachowo się nazywała. Byłam załamana. Łóżeczko turystyczne u Dziadków, zbliżała się godzina usypiania mojego brzdąca a łóżeczko dygotało przy byle dotyku po jednej stronie tak, jakby miało się rozpaść. Szybka decyzja, szybki telefon, Malutki pod opieką cioci przyszywanej, Mama popędziła na drugi koniec miasta do Castoramy, wpadłam do działu ze śrubkami, pokazałam swoją, miły pan pomógł mi znaleźć takie same. Mknąc do kasy, zatrzymałam się na moment bo woreczek z nimi wypadł mi z rąk. Okazało się, że stoję przy wystawie płytek. Tej samej, wzdłuż której chodziliśmy w tę i z powrotem z Tym Mężczyzną, debatując nad wyborem. Niemalże usłyszałam Jego głos, Jego argumenty i przeszedł po mnie dreszcz na myśl o tym wszystkim. Poszłam dalej, zignorowałam. Postanowiłam, że nie może tak być. Nie może być tak, że byle market kojarzy mi się z Nim. Postanowiłam przestać do tego wracać, przestać się zadręczać, odpychać te wspomnienia, myśli. Żyć tak, jakby On nigdy nie istniał. Ot, po prostu. 

Nie ma nic trudniejszego niż zamknąć drzwi, za którymi zostawiamy niemal wszystko – na pozór. Nie ma chyba nic trudniejszego niż przyjęcie do wiadomości, że tak będzie po prostu lepiej. Nie ma nic trudniejszego niż wstać po upadku. Ale nigdy nie warto się poddawać, nie warto odpuszczać, nie warto rezygnować. Nawet, jeśli nasz cel ewoluuje i dojrzewa razem z nami, najważniejsze to się go trzymać.

  3 comments for “nieważne, ile razy upadasz – po prostu zawsze wstawaj!

  1. ~panolka
    26 maja 2016 o 21:13

    no nareszcie jakiś ‚postępowy’ wpis :)
    trzymam kciuki za Wasze szczęście bez niego.

  2. ~Damian
    26 maja 2016 o 12:11

    Chrzań to! Chrzań tą miłość. Chrzań tą białą suknię. Chrzań to wszystko! Kochaj Go sobie, jeśli inaczej się nie da ale nie krzywdź siebie i Malutkiego. Nie zrobił nic by z Wami tą rodzinę znów tworzyć. Trzaśnij więc tymi drzwiami, nie rób przeciągu! Odkurz to puste miejsce by goście się nie wybrudzili!

    <<< – wstaję, kłaniam się w pas i bije Ci gromkie brawa!!! :) :) :)

  3. ~becky
    26 maja 2016 o 11:27

    „Kątem oka, zza swoich przeciwsłonecznych okularów, wypatrzyłam Go. Ot tak, zerknęłam i tyle. Zero emocji. Zero stresu. My siedzimy tu, on stoi tam. Normalność. ” niech to będzie zwiastun NORMALNOŚCI i kogoś obok. Tego Wam życzę bardzo mocno.

Odpowiedz na „~DamianAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • Twitter
  • Facebook