nie mów tego młodej mamie. nigdy!

Będąc w ciąży czy też świeżo upieczoną mamą, spotykamy się z różnymi reakcjami różnych osób. Od nieproszonego głaskania po brzuchu po niekończące się rady i pouczenia. Każdy chciałby wykazać się swoim zdaniem, przestrogą i brać udział w naszym przeżywaniu błogosławionego stanu. Ale czy na wszystko musimy pozwalać? Są takie stwierdzenia, których lepiej młodej mamie nie mówić.

10. Nie jedz tego, zaszkodzisz dziecku!

Nie jedz batonika, bo dziecko będzie miało skazę białkową. Nie jedz sera żółtego – jak wyżej. Nie jedz tego i tamtego. Absolutnie nie jedz lodów! Mc Donald’s? Serio?!

Podobnych uwag można się nasłuchać. Czasami na widok Marsa w naszych rękach albo kilku frytek, ludzie reagują tak, jakby to była butelka wódki. Też się trochę męczyłam z podobnymi uwagami. Jednym uchem wpuszczałam, drugim wypuszczałam. Słuchałam zaleceń lekarza, nie wszystkich dookoła. Po pierwszym trymestrze, gdy nawet łyk wody powodował wymioty – w drugim i trzecim starałam się jeść to, na co miałam ochotę. W samochodzie ciągle poniewierały się poukrywane papierki po Grześkach, co kilka dni zbieraliśmy wszystkie i wyrzucaliśmy.

9. No zjedz jeszcze… To dla dziecka!

Te zdanie to był dla mnie horror. W pierwszych miesiącach ciąży, gdy nikogo jeszcze nie informowaliśmy – było najgorzej. Teść żartobliwie mówił na mnie Grubas – moje XS równało się w ich mniemaniu niedożywieniu przez brak domowych obiadów- i nie brał pod uwagę moich odmów co do zjedzenia obiadu u nich. Nigdy. Tak więc jadłam. Nieważne, co postawili przede mną. Było mi to obojętne, bo wówczas nie czułam żadnego smaku a zaraz po posiłku pędziłam do toalety. W sumie wtedy nawet po herbacie działo się to samo.

Wychodziłam później z założenia, żeby jeść dla dwojga a nie za dwoje. Całe lato zapychaliśmy się z Tatusiem różnego rodzaju owocami, wracając wieczorem wstępowaliśmy do Tesco po arbuza, borówki, winogrona, banany. Później kroiłam to w wielkie porcje dla nas, dla siebie robiłam herbatę, dla Niego jakiegoś drinka i tak sobie siedzieliśmy przed telewizorem. Malutki urodził się zdrowy, z prawidłową wagą – niejedzenie podwójnych porcji więc nie przełożyło się na efekt, którym często się nas straszy.

8. Ciąża to nie choroba!

Ja wiem! Każda kobieta to wie. P r a w i d ł o w o przebiegająca ciąża to oczywiście nie choroba! Z gorzkim niesmakiem wspominam pierwszy trymestr. Ciągle szpital, odwodnienie, mdłości przekraczające wszelkie granice. I te słowa lekarza: proszę nikogo nie informować, szanse utrzymania ciąży są znikome. Stres, szpitale, ukrywanie faktów przed wszystkimi. Nikomu nie życzę takich objawów zwiastujących ciążę. Tradycyjne nudności to przy tym pikuś.

W drugim trymestrze ryzyko zniknęło, pojawiło się nowe. Straszono nas przedwczesnym porodem właściwie do końca siódmego miesiąca. Leki, leżenie, spokój. Powtarzano to jak mantrę. Ciągle czymś straszono. Przedwczesny poród. Zbyt niska waga dziecka. Za silna anemia. Za mało wód płodowych. Można by wymieniać i wymieniać. Latem był taki moment, że co noc lądowaliśmy na Izbie Przyjęć z przedwczesnymi skurczami.

A kiedy bywały lepsze dni – mogłam na własnej skórze doświadczyć ludzkiej znieczulicy, o której tyle się mówi. Tatuś w Chorwacji, zamawiałam hurtowo wręcz ubranka do wyprawki. Listonosz był któregoś razu chyba zbyt leniwy – zamiast zadzwonić domofonem, od razu zostawił awizo. Wybrałam się więc na pocztę. Trzy ulice dalej. Doczłapałam się w końcu do urzędu a tam kolejka aż do drzwi. Stanęłam na jej końcu razem z moim – co prawda niezbyt wielkim ale jednak wydatnym – brzuszkiem. I co? I nic. Nikt nie przepuścił w kolejce. Raz się nam udało skorzystać z przywileju – w Ikei, przy kasie pierwszeństwa. I to by było na tyle.

7. Nie kupuj nic, bo za wcześnie!

Malutki urodził się w październiku, wyprawkę zaczęłam kompletować z początkiem lipca. Zaczęłam od ubranek – oglądałam, wybierałam, klikałam i czekałam na paczki. Prałam, prasowałam, układałam w komodzie. I tak przez dwa tygodnie. Gdy odwiedzili mnie rodzice – byli zdziwieni, że już wszystkie ubranka mam. Podobne zdziwienie wyrazili teściowie, przyjaciółka i kilka innych osób. Bo przecież jeszcze tyle czasu!

My nie mieliśmy tego czasu. Wizja przedwczesnego porodu znacznie przyspieszyła przygotowania. Walizka do szpitala stała w salonie spakowana już od połowy lipca. Co gorsza- kilka razy się przydała przy pobytach w szpitalu. Później była pakowana na nowo po praniu i dokupowaniu tego, co zostało zużyte.

Jeszcze gorsze są te wszystkie przesądy. Nie wolno kupić bucików przed narodzinami. Wózka tym bardziej! Nie powinno się robić tego, tamtego czy owego. Ale ludzie to robią, mają zdrowe dzieci i świat się nie wali. Serio.

6. Jeszcze nie ochrzciłaś dziecka?! To wstyd!

A przepraszam bardzo – dla kogo ten wstyd? Oczywista sprawa – „bo co ludzie powiedzą?” A co mnie interesują inni ludzie? Czy ja im zaglądam do ich domów i do tego, jakie zasady w nich panują? Oceniam, narzucam coś? Nie! Więc proszę tego samego nie robić dla mnie.

Usłyszałam takową pretensję, gdy Malutki miał… 3 miesiące. Biorąc pod uwagę reakcję, można by pomyśleć, że chodziło conajmniej o trzylatka. Podobne tematy pojawiały się dziesiątki, jeśli nie setki razy. Śmieszne w sumie, bo ze strony najbliższej rodziny. Teoretycznie tych, którzy powinni wspierać w trudnych sytuacjach. Nie powiedziałam nigdy, że dziecka nie ochrzczę. Miałam zamiar zrobić to z Tatusiem. Odczekałam swoje, podjęłam ileś prób, propozycji – to były moje decyzje, moje wybory. Nie chciałam pod presją rodziny pozbawić dziecka obecności ojca w tym ważnym dniu przez zbyt duży pośpiech w wyborze terminu. Wtedy potrzebowałam po prostu czasu.

Coraz więcej rodziców nie chrzci dzieci. Nie wypowiem się na ten temat. Tak samo jak nie wypowiadam się o tym, na którego kandydata na prezydenta głosowałam ( nieważne, że wygrał ) ani czy jestem za a może przeciw szczepieniom ( nieważne, że szczepię Malutkiego i nie przestanę ). Moje osobiste przekonania powinny zostać w domu, w moim sercu i naszej małej rodzince, nie mam prawa nikomu ich narzucać. Nie należałam, nie należę i raczej nie będę należeć przy kolejnym kiedyś dziecku do grupy rodziców, którzy dzieci nie chrzczą. Nie potępiam tamtych, po prostu mam swoje zasady i ich się trzymam.

5. Dziecko płacze z Twojej winy!

Na pewno dajesz za ciepłe mleko. Za zimne mleko. Za słabe. Za mocne. Na pewno pozwalasz by za mało się jemu odbiło. Na pewno źle go trzymasz. Na pewno to. Na pewno tamto. Na pewno to Ty powodujesz, że dziecko ma kolkę.

To absolutne ciosy poniżej pasa. Dziecko wrzeszczy Ci do ucha, masz łzy w oczach bo nie potrafisz jemu ulżyć. Ciepłe okłady, noszenie, bujanie, kropelki. Ta cholerna kolka i kolejna noc z rzędu z podobnymi atrakcjami. A do tego wszystkiego doszukiwanie się winy w Tobie. Jakbyś celowo chciała zaszkodzić własnemu, ukochanemu dziecku.

I nie mówimy o życzliwych uwagach, dobrotliwych radach czy sugestiach. Mówimy o aroganckich, przepełnionych kpiną zarzutach. Nieważne, że bezpodstawnych. Ty po prostu jesteś winna. Jak dziecko płacze – winna jest matka. Koniec. Kropka. Totalny absurd, prawda? Jak bolesny na dodatek…

4. Jesteś matką. Nie masz prawa do niczego.

Kolejny absurd. Na pozór. Tyle się mówi o tym, że szczęśliwa matka to szczęśliwa dziecko. Ale jak ta matka chce zrobić cokolwiek dla siebie, nagle z dobrej staje się wyrodną. I nie mówimy o wakacjach na Hawajach tylko o godzinnym wyjściu do fryzjera. Poszłaś? Bez dziecka?! Ale jak to? Jak w ogóle śmiałaś coś takiego zrobić?

Miałam banalną sytuację. Ważne szkolenie w innym mieście. Nie byłoby mnie niespełna dobę. Wszystko opłaciłam, nawet sobie nowe buty kupiłam z okazji powrotu do pracy. I nie pojechałam. Uzasadniono to: jesteś matką, Twoje dobro jest już nieważne. Co śmieszniejsze: padły z ust innej matki. Nieważne, że to był obowiązek służbowy a nie jakaś przyjemność. Nieważne, że jestem z synem 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Nieważne, że kocham Go nad życie. W tej jednej chwili byłam złą matką, bo chciałam jechać na szkolenie.

3. A co Ty niby takiego męczącego całe dnie robisz?

I tutaj już możesz z czystym sumieniem wybuchnąć niczym granat z opóźnionym zapłonem. W mniemaniu większości mężczyzn my całe dnie leżymy i pachniemy. Pranie samo się robi. Naczynia same się zmywają. Mieszkanie samo się sprząta. Dziecko samo się karmi, przewija, ubiera, zabawia. Temat rzeka. Nie będę więc rozwlekać.

Nieustannie słyszę, że ja to właściwie nic nie robię. Ogrodu nie mam poza jedną doniczką na balkonie. Pustą zresztą. Do pracy chodzę dwa razy w tygodniu. Pralka jest. Zmywarka jest. Ciągle siedzę przy komputerze. „Ciągle” oznacza w tym wypadku chwile, gdy mam wolne ręce. I kilka podobnych tym argumentów. Tyle wystarczy, by orzec, że nie robię w ciągu dnia zupełnie nic. Odpoczywam sobie, ot co.

Pomijam fakt całodziennej mieszanki opieki nad synkiem, pracy, utrzymywania mieszkania w ładzie i porządku, pełnienia roli matki i ojca oraz dziesiątek innych przyziemnych zadań. Czasami w ciągu całego dnia nie zdążę wypić w spokoju kawy, nie wspominając o przespanej nocy. Nigdy chyba nie zapomnę oburzenia, gdy przyznałam kiedyś, że któregoś dnia położyłam się na chwilę podczas drzemki Malutkiego. Ale jak to?! Przecież w tym czasie tyle można wyprasować! Ale zaraz, zaraz… Co wyprasować? Podobno ja całe dnie NIC nie robię! To jak to w końcu jest?

2. Jak to karmisz butelką?!

Kolejny temat rzeka. Zawsze znajdzie się ktoś, kto skrytykuje, nie zrozumie albo zacznie wychwalać karmienie naturalne. Nie zawsze jednak ludzie mają świadomość, że robią tym krzywdę. Bo nie każda matka n i e  c h c e karmić piersią. Niektóre n i e  m o g ą. Z różnych powodów. I to jest ich sprawa. Niezależnie, czy nie chcą, nie mogą czy nie umieją – nie mamy prawa w to ingerować i włazić komuś z butami w życie.

Malutki od pierwszych dni jest karmiony butelką. A raczej od drugiego dnia, w pierwszym nikt nie zalecił takiego rozwiązania. Byłam półprzytomna, transfuzje i kilka innych urozmaiceń. Tatuś pojawił się na chwilę, później Malutkiego przewijała kobieta z łóżka obok, bo poprzypinana do różnych przewodów, nie mogłam się nawet podnieść. Położna laktacyjna przyszła, rzuciła: Pani karmić nie będzie, nie ma pokarmu. I poszła. Drugiego dnia było mi nieco lepiej, wszelkie rurki i przewody zniknęły, mogłam stoczyć wojnę o butelkę dla Malutkiego.

Na początku z Tatusiem udawaliśmy. Podczas wizyt w Jego rodzinnym domu – graliśmy. Gdy Malutki głodniał – szliśmy na górę i już. A tam wyjmowaliśmy z torby przygotowane wcześniej mleczko. Później zwinnie przeszliśmy do utrzymywania, że karmiony jest mieszanie aż w końcu doszliśmy do momentu, gdy w grę wchodziła już tylko butelka. Wstydziłam się, było mi głupio i byłam zażenowana. Chciałam zapaść się pod ziemię, za każdym razem gdy tłumaczyłam, że nie mam pokarmu. Tak po prostu. Po prostu nie mogłam karmić. Do dzisiaj robi mi się ciężko na sercu z myślą o tych momentach.

1. Nie umiałaś urodzić!

Absolutny numer jeden wśród tego, co żadna matka usłyszeć nie powinna. Nieważne, ile komplikacji porodowych wystąpiło, jak długo trwał, jak bezsilna się czuła – nie zasłużyła na takie słowa.

Ja je akurat usłyszałam. Cios poniżej pasa, wyrzucone w złości pretensje, mające mi przypomnieć trudy porodu. Nagłe problemy z oddychaniem, zamieszanie, jakieś pytania, jakieś leki. Później te nieszczęsne transfuzje, ta straszna anemia, która ni cholery nie pozwalała się wyleczyć. Często później żałowałam, że nie rodziłam sama. Chyba czułabym się po wszystkim lepiej.

Być może nie chciał tego powiedzieć. Ale powiedział. Złamał mi tym serce. Jeden z wielu razy. Nikomu nie życzę czegoś takiego. To chyba najgorsze, co można powiedzieć kobiecie. Naprawdę. Nic gorszego chyba nie ma.

  11 comments for “nie mów tego młodej mamie. nigdy!

  1. 10 września 2015 o 11:41

    Żadnego z tych komentarzy nie usłyszałam, ani w ciąży ani teraz, przy małym dziecku. Zastanawiam się czasem co za ludzie coś takiego mówią i mam wrażenie, że to takie przechodnie mity tylko.

  2. 6 września 2015 o 20:03

    Czasami po prostu najlepiej jest się zamknąć. Jak to mówią: „Mowa jest srebrem, a milczenie złotem”. :)

  3. ~echidna
    5 września 2015 o 15:20

    Albo jesteś złą matką, bo nie karmisz, albo…karmisz za długo,zasypia ci przy cycu,nie dbasz o dziecko-każesz mu samemu wszystko robić, jesteś zbyt blisko, wyręczasz je, stosujesz oliwkę/nie stosujesz oliwki. Na temat karmienia piersią-nie chroni przed chorobami. Paradoksalnie mniej chorowały mi te, które karmiłam krócej.Ludzie zawsze będą marudzić, oceniać ,krytykować i „dobrze radzić”. Trzeba mieć twardy kark, dla dziecka właśnie. Ono potrzebuje mamy silnej i nie dającej sobie w kaszę dmuchać :)Jestem taką matką, jaką jestem i tyle w temacie. Dzieci i mąż odpowiadają mi miłością i to jest ważne, najważniejsze :)

  4. 5 września 2015 o 12:56

    Świat się nie wali, kiedy dzieci rodzą się zdrowe. Ale kiedy tak się nie stanie, to wtedy świat się wali. I wtedy w tym swoim walącym się świecie masz dodatkowy kłopot „co z tym wszystkim zrobić”. Oddać do sklepów? Nie wszystkie zechcą przyjąć. Rozdać znajomym? Nie będą chcieli, zwłaszcza ci przesądni. Poza tym, pozbywaniu się rzeczy dziecka towarzyszą najsilniejsze emocje, których raczej nie da się ukryć, a których nie doświadczyli ci, którym zamierzasz te rzeczy oddać, więc myślisz, że lepiej tego uniknąć. Najlepiej by było wynieść na stos i podpalić.
    Nie mówię nikomu, co lepiej. Niech każdy sam decyduje. Ale chyba wszyscy, którzy przeżyli stratę dziecka, nigdy nie zrobią takich zakupów z góry. I wcale to się nie wiąże z jakimiś przesądami, bo dzieci nie odchodzą dlatego, że coś kupiliśmy, albo nie. Widocznie niektórzy tak radzą, żeby oszczędzić bliskim tego dodatkowego kłopotu w razie czego.
    Pozdrawiam.

  5. ~ania
    5 września 2015 o 12:08

    O jak mnie denerwuje tekst ze ciaza to nie choroba. Mowia tak tylko faceci i ci,ktorzy mieli ciaze ksiazkowa, bezproblemowa i bezstresowa. To samo dotyczy presji na cwiczenie w ciazy. „Jak to nie cwiczysz? Bedzie ci ciezko wrocic do formy!” Co ja bede tlumaczyc obcym ludziom co to jest lozysko przodujace . Najbardziej mnie wkurza jak ktos mowi ze ciaza to nie choroba i cwiczy 6 razu w tyg , ale na zwolnieniu od samego poczatku ciazy! Albo relacja na fb w podrozy po europie i L4 wysylane do pracy. Niech sie ludzie zdecyduja.

    • ~Utynka
      5 września 2015 o 14:51

      Że ciąża to nie choroba padło z ust Pani z Zusu, która przyszła mnie skontrolować czy też czasami nie haruję gdzieś w ogrodzie z łopatą czy innych ciężkich prac nie wykonuję ;)

  6. ~Mama Lusi
    5 września 2015 o 11:54

    Odwieczna wojna przekonań. MM czy KP, SN czy CC, chrzcić czy nie chrzcić, szczepić czy nie szczepić. Fajnie, że masz do tego dystans i jeszcze fajniej, że nie narzucasz swojego zdania. Nie ma tu elaboratów, że mleko z flaszki jest lepsze tylko dlatego, że to Twój wybór. Jest szczere wyznanie, że chciałaś, próbowałaś inaczej. W Twoim blogu fajne jest właśnie luźne podejście do tego typu spraw. Nie rzucasz się na tych co myślą inaczej, szanujesz odmienne idee. Brawo!

  7. ~Julia
    5 września 2015 o 10:40

    Wiele z tych rzeczy również usłyszałam osobiście, głównie o tym że dziecko płacze i to moja wina oraz że nic nie robię tylko odpoczywam całymi dniami. Staram się tym jednak nie przejmować, szkoda życia. Mój chłopczyk też w październiku skończy roczek! Pewnie dlatego z taką ciekawością zaczytuję się w tym blogu :-)

  8. ~karol
    5 września 2015 o 10:14

    Ludzi zawsze będą próbować wtrącać się w czyjeś życie. Taka już ludzka natura. CHociaż w wielu przypadkach wypadałoby się powstrzymać.
    Kolejny świetny tekst, gratuluję!

  9. ~Utynka
    5 września 2015 o 09:36

    Moja Zocha nie wiele matczynego mleka posmakowała. Słyszałam zarzuty o nieodpowiedzialności, braku chęci do starania się choćby o karmienie naturalne. Chciałam karmić naturalnie, bo „darmowe” – „ile Ty dziewczyno wydasz na sztuczne mleko, za dużo pieniędzy masz?”, bo wygodne – „w nocy byś nie musiała latać do kuchni i dzieciak by Ci się darł w niebogłosy z głodu”, a przede wszystkim BO ZDROWSZE DLA MALUCHA – „będziesz żałowała w przyszłości, że nie karmiłaś jak Ci dzieciak będzie co rusz chorował”… Ale całemu otoczeniu matki wydaje się przecież, że wie najlepiej, nawet jeśli matką nie jest…

    • ~ania
      5 września 2015 o 12:17

      w ogole ludzie uwazaja ze czas ciazy i karmienia to czas gdzie kazdy moze ci zagladac do macicy,w krocze i cycki. Jakby kobieta pozbawiona byla prawa do prywatnosci. Czy ktos by zapytal obca kobiete o jej piersi? Nie, ale jak dziecko urodzila, to juz mozna

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • Twitter
  • Facebook