bądźcie bardziej zauważalni – zgoda?

O tym, że praca zdalna często bywa niełatwą – już pisałam ( cienie i blaski pracy w domu ). Czy blogowanie bywa trudne? Odpowiedź brzmi: czasami. Na pewno w pierwszej kolejności jest rozwijające. Nawet bardzo! Bo przecież to nie tylko samo pisanie! Jeszcze rok temu nie wpadłabym na to, że tak płynnie zacznę poruszać się po WordPressie, tworzyć własne grafiki czy obrabiać zdjęcia. Chociaż w tej ostatniej kwestii póki co nie mam zbyt wielu powodów do dumy. Póki co! Trwają bardzo intensywne prace i przygotowania aby też w tej kwestii podciągnąć moje umiejętności do maksimum. Ewentualnie chociaż zadowalającego poziomu. Przechodząc do sedna: prowadzenie bloga popycha mnie do nabywania umiejętności, które wcześniej były dla mnie zupełnie odległe.

Blog to jednak przede wszystkim ludzie. Mój miał być pisany dla tej jednej, jedynej osoby. Miał być formą autoterapii. Zadziwiające jest to, że nim ta właściwa osoba tutaj trafiła, pojawiły się przed nim tysiące innych. Były dni, że statystyki szalały. Były momenty, że musieliście czekać na odpowiedź na Wasze wiadomości nawet kilka dni. Dlaczego? Nie wyrabiałam się w czasie, tak wielu z Was pisało. Każda taka wiadomość miała i cały czas ma dla mnie ogromne znaczenie. Gigantyczne! Są jednak takie, które na dłużej zapadają w pamięć.

* * *

Wyobraź sobie, że publicznie – bo blog to przecież jakby nie patrzeć miejsce publiczne – po latach przyznajesz się, że napisałeś/aś całej klasie wypracowania z idiotycznym błędem. Wyobraź sobie, że przy tym na głos zastanawiasz się, czy polonistka kiedykolwiek wpadła na to, kto zainicjował to fatalne, masowe wręcz powtarzanie wspomnianego błędu. A teraz wyobraź sobie, że po kilku dniach w gąszczu najnowszych komentarzy znajdujesz komentarz tej nauczycielki. Ciepło robi Ci się na sercu – czytasz słowa uznania od kogoś, kto przecież Cię zainspirował do szlifowania swoich umiejętności. Pomijając przy tym fakt, że owszem – wiedziała, kto taką bzdurę kilkanaście razy w wypracowanaich powielił. Piękna sprawa! Niby tylko piszesz. Niby nie jesteś żadnym Kominkiem czy innym blogerem znanym z samej już nazwy. A trafiają na Twoją stronę osoby, których słowa są dla Ciebie tak istotne.

Wyobraź sobie, że zbliżają się wybory ( wiem! miało już o tym nie być! ) i na jednej z list wyborczych widnieje nazwisko, na które zagłosujesz. Bo każdy, kto idzie głosować przecież jakiegoś kandydata wybiera. Żyjemy w czasach, gdy social-media odwalają kawał naprawdę dobrej pracy przy jakichkolwiek kampaniach. Obserwujesz więc profil tegoż kandydata by być na bieżąco. Obserwujesz sobie, obserwujesz. Zwyczajna sprawa. Któregoś dnia sprawdzasz swój profil na Facebooku i prawie padasz na zawał z wrażenia… Bo właśnie ten kandydat, ze swojego prywatnego profilu, zaczyna obserwować Twój blog. Mało tego! Odnotowujesz też polubienia swoich postów przez niego. Niby drobiazg a cieszy.

Teraz będzie najlepsze. Wyobraź sobie, że jedziesz autobusem miejskim. Ostatnio zdarzyło mi się wyruszyć w odległe krańce miasta, musiałam więc z tego przybytku skorzystać. Stoję sobie – bo miejsc siedzących akurat brak – i patrzę przez okno. Kątem oka widzę siedzącą młodą kobietę z tabletem. Kolorek tła na ekranie jakby mi znany. Przymrużam oczy i co widzę? Czyta właśnie mojego bloga! Szybciutko odwracam wzrok, żeby nie zauważyła jak wgapiam się w jej tablet. Serce rośnie. Uśmiech na twarzy. Jakby świat stawał się bardziej kolorowy w takich chwilach. Przy okazji – może przeczyta to ta dziewczyna w skórzanej ramonesce z poznańskiego autobusu, jadąca w pewną niedzielę w stronę Ogrodów – dziękuję!

* * *

Ja prowadzę małą firmę, nie jest łatwo, ale czasem potrzebuję, czy to grafika, żeby coś stworzył czy kogoś, kto jakieś teskty napisze, może  udałoby się zastosowanie dla Twoich umiejętności raz na jakiś czas znaleźć? Chyba, że cierpisz już na nadmiar propozycji i totalny brak czasu? No i to o czym piszą zapewne wszyscy – olbrzymi szacun za decyzje, za odwagę, za siłę. Na pewno nie było łatwo, na pewno wiedziałaś, że później  będzie jeszcze ciężej… Ale dajesz radę i to jest inwestycja w Twoje/Wasze przyszłe szczęście. Wierzę w równowagę w naturze. Tyle ile wycierpiałaś jeszcze wytańczysz z radości z nawiązką!!!!

Podobnych wiadomości jest mnóstwo. Żyjąc z pisania i mówiąc o tym otwarcie na blogu – zyskuję zleceniodawców i możliwości. Przecież właśnie w ten sposób została mi złożona jedna z ważniejszych, jakże zwrotnych propozycji ostatniego czasu! Z perspektyw mijającego czasu wiem jedno: pisanie tutaj było jedną z lepszych decyzji. Zyskałam lepsze perspektywy, wymarzoną pracę, wspaniałych ludzi obok siebie i coś jeszcze – coś bardzo ważnego. Ale nie mogę jeszcze o tym mówić. Obietnica to obietnica. Kiedyś tutaj napiszę o pewnym spotkaniu, pewnych miejscach i pewnych słowach. Kiedyś na pewno.

* * *

Nie ma za co dziękować, to chyba ja powinnam Pani podziękować za pisanie bloga, który daje wielu ludziom dużo wsparcia. Pani i Malutki jesteście z nami chyba codziennie. Przy każdym posiłku i przy zasypianiu, bo często o was myślę. W życiu nie zawsze układa się tak, jakbyśmy tego chcieli. Jednak to, co cenię w ludziach najbardziej, to chęć rozwiązania swoich problemów. Takich ludzi, którym powodzi się zbyt dobrze, żeby inni chcieli im pomagać i zbyt źle, żeby oni sami mogli czuć się spełnieni. Takich ludzi środka, najbardziej niedocenianiych, bo nieżalących się wszystkim dookoła, nieobwiniających całego świata, ale takich, których los często niesprawiedliwie doświadczył i którzy są w stanie się podnieść i wziąć sprawy w swoje ręce. Szanuje Pani postawę i priorytety, tak bardzo zbliżone do moich. Nie mam co prawda nawet zbliżonej do Pani sytuacji, ale wiem, co to znaczy niesprawiedliwość. Mam nadzieję, że Pani i Malutki będziecie mieć wystarczająco dużo siły, żeby móc cieszyć się każdym wspólnym dniem. Bo jak źle by nie było, ma Pani najcudowniejszy skarb przy sobie, tylko dla siebie, kogoś, kto Panią kocha bezwarunkowo, a to jest w życiu najważniejsze. Życzę Pani radości i spokoju ducha oraz tego, żeby Pani nie obciążała siebie przez to, co przyszło Pani dzwigać na swoich barkach.

Wyobraź sobie, że dochodzi północ. Padasz na twarz ze zmęczenia a tak naprawdę przed Tobą jeszcze ogarnięcie w kuchni, prysznic, przygotowania czegokolwiek w ramach kolacji i dopiero sen. Chociaż nie. Przedtem jeszcze praca. Dzień był dojmująco ciężki. Bo dziecko marudziło. Bo głowa do tego bolała. Bo szef nawrzucał wszystkim z rana, jacy to nie jesteście nieudacznicy, bo jedna na sto umów się nie podpisała. Wróć! Umowy same się nie podpisują. To ktoś z Was ośmielił się zawieść. W lodówce tylko światło, bo zabrakło czasu na zakupy. Oczy bezwiednie się zamykają. Siadasz do komputera, odwlekasz moment obowiązków. Postanawiasz sprawdzić pocztę. Pomiędzy irytującym spamem znajdujesz taką wiadomość jak ta wyżej. Od zupełnie nieznanej Ci osoby. A wiadomość ta automatycznie dodaje Ci sił.

* * *

Zdarzają się też wiadomości króciutkie a zawierające przy tym tak dużo treści, że tak naprawdę więcej słów nie potrzeba: Nie wiem, jak można rezygnować z kogoś, kto na każdym kroku pokazuje jemu, że jest ważny. I ile to trzeba mieć siły, żeby wszystko wybaczyć, chcieć dać szansę a w zamian nie dostać nic… Zdarzają się też życzenia, które dość trudno jest dla mnie przyjmować mimo świadomości, że płyną z dobroci serc: Życzę Pani z całego serducha by szczęście do Pani i Malutkiego wróciło ze zdwojoną siłą i oby Pani znalazła tą prawdziwą drogę w życiu, bo skoro ten mężczyzna nie widzi, jaki skarb ma a który małymi kroczkami traci – to może na Waszej drodze stanie ktoś inny, kto odda za Was wszystko. To wszystko, co Pani pisze – to są najpiękniejsze słowa, które czytałam. Samotnej matki pełnej wiary. Jeszcze raz dzięuję za to, że mogę coś tak pięknego czytać. Do pewnego momentu życzenie dla mnie by na naszej drodze stanął ktoś inny niż On można było porównać do życzenia połamania nóg skoczkowi narciarskiemu. Absurd. Totalny absurd. Jednak płynące zewsząd słowa wiary, pocieszenia czy podziękowań – przecież nie ma za co! – każdego dnia umacniały mnie w przekonaniu, że pisanie już nie tylko pomaga dla mnie pozbierać myśli. Pomaga też innym. I ci inni mi za to dziękują. Coś wspaniałego.

* * *

Obok tych wszystkich zupełnie nieznajomych mi osób pozostaje jeszcze wąskie grono znajomych, którzy również mnie czytają. Nie mówię tutaj o tej najważniejszej osobie, dla której ten blog powstał. Nie mówię też o tej rodzinie, która w ten sposób poznaje naszą codzienność. Nie mówię nawet o najbliższych przyjaciołach – bo oni wiedzą, jak cenni dla mnie są, jak ważne jest czasami potrząśnięcie mną, innym razem pochwała a jeszcze innym konstruktywna krytyka. Nie wspominam też o tych, którzy wolałabym by tego miejsca nie znali ale tak naprawdę nie mam pewności, czy ktoś z tej grupy tu nie zagląda, nieświadomy, kto jest autorem. W podobny sposób można zresztą zastanawiać się bez końca.

Mówię o tych, których obecność tutaj jest dla mnie ważna. Bo kiedyś byli obecni w moim życiu o wiele częściej, intenywniej, często w innym charakterze. Ostatnio dostałam wiadomość: Nie mogę spać więc czytam Twojego bloga. Powiem Ci tylko dwie rzeczy. Jestem z Ciebie dumny. Po drugie: cieszę się, że potrafisz motywować innych do ratowania swojego związku pomimo tego, co przeżyłaś. I wiecie co? Czekałam na podobne słowa – mam nadzieję, że właściwa osoba to przeczyta – wiele lat. Nasze drogi w pewnym momencie się rozeszły. Dorosłość nas brutalnie rozdzieliła. Później nie raz i nie dwa – setki razy – zdarzało mi się chcieć chwycić za telefon, wystukać wiadomość, zadzwonić. Jak dawniej. Ale nic nie było takie, jak dawniej. Pomiędzy nami rósł mur obowiązków, różnych priorytetów, odległości. Od tego muru niezmiennie odbijała się tęsknota. I wracała do mnie ze zdwojoną siłą.

* * *

Statystyki pokazują mi, że najwięcej Was czyta mnie, używając Samsungów, najmniej BlackBerry. Najliczniejszą grupę stanowią czytelnicy ze stolicy, dogania ich Kraków i okolice. Widzę też aktywność naszych rodaków na emigracji. Pojawiają się kolorowe punkciki na mapie w Londynie, Berlinie, miejscowościach francuskich, norweskich, szwedzkich. Czytacie mnie o różnych porach dnia. Czytacie bieżące teksty, wracacie do starych, linkujecie mnie na swoich blogach i różnych innych miejscach. Znacie mnie, otwieram się przed Wami, śledzicie naszą codzienność, dzielę z Wami radości i troski. Przy tym – niestety – Was nie znam.

Każdy tekst czyta kilka tysięcy osób, komentarze zostawia kilka. O wiele przyjemniej byłoby przeczytać pod swoimi słowami Wasze słowa. Poznawać Was, Wasze zdanie, wątpliwości i sugestie. I nie chodzi tutaj o cyferki czy statystyki. Chodzi o świadomość, kto tutaj ze mną jest. Jesteście wspaniali, jest Was wielu. Na pisanie poświęcam długie godziny – poświęćcie za każdym razem kilka sekund na komentarz. Napiszcie, czy tekst Wam się spodobał czy nie. Bądźcie zauważalni!

  14 comments for “bądźcie bardziej zauważalni – zgoda?

  1. ~Ilona
    4 lutego 2016 o 02:13

    Lincoln w uk też czyta :) pozdrawiam

  2. ~Żaneta
    1 listopada 2015 o 17:06

    Pozdrawiamy z Oslo! I też czytamy! Zawsze!

  3. ~Dominika
    1 listopada 2015 o 16:31

    Norwegia tez czyta! ♥♥♥

  4. ~R.
    30 października 2015 o 12:35

    w Albanii tez czytamy ! :)

  5. ~Karolina
    29 października 2015 o 15:16

    Przed zostawieniem komentarza chciałam przeczytać wszystko „od deski do deski”. Takie małe zboczenie.
    Cóż tu dużo mówić: jesteś niesamowita. Masz w sobie ogromne pokłady siły, wytrwałości, cierpliwości i miłości. Bardzo Cię podziwiam, że mimo tylu przeciwności losu Ty dajesz sobie wielkiego kopa i biegniesz do przodu. Sama. A jednak tyle wirtualnych osób, które codziennie przychodzą Cię dopingować :) z reguły nie zostawiam komentarzy, wolę być biernym czytelnikiem, ale zdarzają się blogi/wpisy, których nie można pominąć. Spóźnione życzenia dla Malutkiego i moc buziaków dla Was od Karoliny z Londynu. To ja chyba ta kropeczka,bo od kilku dni przekopuje bloga :)

  6. ~enkre
    27 października 2015 o 12:58

    Dzielna Mamo-Sama! Śledzę Twój blog od bardzo długiego czasu. Wydaje mi się, że chyba od marca albo może lutego…? Nie pamiętam już :-). Zazwyczaj wpadałam na blogi polecane przez onet, czytałam jedną notkę lub nie i więcej tam nie wracałam, chyba, że przypadkiem. Twój od początku wydał mi się wyjątkowy,dlatego przeczytałam wtedy wszystkie wcześniejsze wpisy i od tamtej pory na bieżąco sprawdzam co się u Was dzieje :-) Trzymam za Was kciuki i mam nadzieję, że tata twojego synka się zmieni i opamiętania. Przeglądając fb, natrafiłam na następującą stronę i pomyślałam, że mogłyby Cię (a raczej twojego Malutkiego Mężczyznę) zainteresować takie pomysłowe tablice, dlatego przesyłam link :-) https://www.facebook.com/PomyslowaMama/posts/908209209258661

  7. 27 października 2015 o 11:14

    Ojejku, jak pięknie napisałaś! Znów się wzruszyłam, odpłynęłam i żałowałam, że tekst dobiegł końca…
    Gratuluję Ci tysięcy czytelników, wśród osób publicznych i zwyczajnych, bliskich i nieznajomych.
    Cudowna chwila w autobusie, miły komentarz od byłej nauczycielki, piękne słowa chyba od…taty?
    Zasługujesz na to wszystko.
    I bardzo trzymam kciuki za „pewne spotkanie, pewne miejsca, pewne słowa”, cokolwiek to oznacza.
    Tchnie nadzieją:) Pozdrawiam z Holandii

  8. ~Mama Lusi
    27 października 2015 o 01:53

    Ale to musiało być przyjemne widzieć jak ktoś czyta Twojego bloga w autobusie!
    Gratuluję! :) :)

  9. ~Damian
    27 października 2015 o 00:03

    I znów sedno! :)

  10. ~brendi kuk
    26 października 2015 o 22:45

    „Któregoś dnia sprawdzasz swój profil na Facebooku i prawie padasz na zawał z wrażenia… Bo właśnie ten kandydat, ze swojego prywatnego profilu, zaczyna obserwować Twój blog. Mało tego! Odnotowujesz też polubienia swoich postów przez niego. Niby drobiazg a cieszy.” Niby drobiazg ale gratuluję. To znak, jak szerokie kręgi zatacza Twój blog.

  11. ~Żaneta
    26 października 2015 o 22:17

    Podziwiam panią :)

  12. ~Asia
    26 października 2015 o 22:14

    I ja rowniez zostalam zmotywowana do wpisu Choc przyznam ze nie umiem tak pieknie pisac jak Pani. Wszystkie wpisy czyta sie mega lekko i zawsze zaluje pod koniec ze przeczytalam juz wszystko. Z niecierpliwoscia czekam na kazdy nastepny.
    Wogole nie bede oryginalna jak napisze ze podziwiam i trzymam za Was kciuki Tzn za Pania i Malutkiego. Podziwiam bo wiem jak ciezko jest samemu wychowywac dziecko. Samotna matka nie jestem, mam meza ale mieszkamy w Belgii. Z dala o rodziny. Bardzk mi brakuje ich obecnosci na codzien. Mojej mamy ktora pomoglaby mi np przy dzieciach gdy choroba, zmeczenie. Maz pomaga ile moze/umie ale wiadomo mama to mama i najwiecej spoczywa na jej barkach. Tymbardziej podziwiam ze daje Pani rade sama z Malutkim i praca. Wielki szacunek za to.
    Ciekawa jestem co czuje „tatus”czytajac tego bloga Dostrzega ile stracil ???
    Zycze samych sukcesow i miłości, gdy bedzie juz Pani gotowa :)

    Uwielbiam :)

  13. ~panolka
    26 października 2015 o 10:53

    Bardzo trafny wpis:) Czytam Pani blog od jakiegoś czasu ale jakoś nigdy nic nie napisałam:) obiecuję się poprawić:)

  14. ~KaraaKedi
    26 października 2015 o 07:45

    „bo oni wiedzą, jak cenni dla mnie są, jak ważne jest czasami potrząśnięcie mną” <3

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • Twitter
  • Facebook