a Ty? nadajesz się na blokowca?

Któż to taki ten tytułowy Blokowiec? Składa się z jakichś bloków, bloczków? Ma coś wspólnego z blokowaniem? To rodzaj blokady? Nic podobnego! Określenia tego używam stosunkowo od niedawna. I tu znów – niczym bumerang – wraca temat Tego Mężczyzny. A konkretniej niedoszłego Teścia. Raz jedyny rzucił takie sformułowanie i niemal automatycznie zostało wchłonięte w mój słownik. Gwoli wyjaśnienia: Blokowiec to mieszkaniec bloku. Inymi słowy osoba, która współdzieli budynek z innymi jego mieszkańcami. Sama takowym jestem. Malutki również. I tu zaczyna się cała historia. A raczej cały szereg różnych historii.

Wychowywałam się w domu jednorodzinnym, otoczonym sporą ilością zieleni. Od momentu, gdy wyfrunęłam z rodzinnego gniazda – stałam się blokowcem. Na początku nędzny pokoik bez dostępu do kuchni, jedynie z łóżkiem, szafą, biurkiem, do tego lodówką na korytarzu dzieloną z lokatorami pozostałych pokoi. Nieustannie zajęta łazienka i wścibstwo właścicielki. Kamień spadł mi z serca, gdy mogłam opuścić to miejsce po wielu miesiącach męki. Gorzej było chyba tylko w kawalerce na poddaszu starej kamienicy. Mieszkanko samo w sobie było urocze – odnowione, przestronne, urządzone ładnie i przytulnie. Taki widok za drzwiami. Ale nim do tych drzwi człowiek trafił, musiał minąć m.in. podejrzanych typów w bramie, skrzypiące, niestabilne schody, brak żarówek na klatce schodowej i… cztery piętra bez windy. W pierwszym trymestrze zagrożonej ciąży, gdy nie lada wysiłkiem było dotarcie do łazienki – taki dystans był niewyobrażalnie trudnym przedsięwzięciem. Dlatego też w pewnym momencie przestałam wychodzić, o ile nie było naglącej potrzeby. Proste? Proste!

* * *

Nigdy nie miałam szczególnych problemów z sąsiadami, współlokatorami czy też takowych problemów sama nie stwarzałam. No dobra! Wyjątkiem były karteczki pozostawiane na mojej wycieraczce przez sasiadów z prośbą o nieco cichsze śpiewanie nocami. Brzmi irracjonalnie? Niekoniecznie. W moim pierwszym, niedzielonym z nikim mieszkaniu, przez pierwszych kilka tygodni niemal codziennie miewałam gości. I zawsze konczyło się to domówką. Niemalże całe lato imprez co noc, pracy od rana, sprzątania popołudniu i wieczorem znów kolejnych imprez. Wspomnienia zostały, karteczki od sąsiadów na pamiątkę też.

I to byłoby tyle w temacie sąsiedzkich problemów. Niedawno jednak nadszedł moment kumulacji wszelkich możliwych niedogodności, o jakich dotąd słyszałam tylko od innych. Doświadczanie tego na własnej skórze jest nieco mniej zabawne niż historyjki przekazywane przez znajomych. Wierzcie lub nie.

Poniedziałek. Za dwie minuty szósta. Mój mały bohater – jakimś cudem – jeszcze śpi. Wyłączam budzik nim zdąży zadzwonić, przewracam się na drugi bok, zamykam oczy. I wtedy BUM. Wiertarka. I to ta z tych głośniejszych, natrętnie wibrujących, aż ściany drżą. Malutki śpi dalej. Mocny sen po Ojcu. Ja niestety takiego komfortu nie posiadam – wiertarka przekonuje mnie by wstać. Włączam czajnik, kawa po chwili gotowa. Otwieram balkon, siadam na naszym ogrodowym leżaku. Miasto budzi się z uśpienia. Po drugiej stronie ulicy dwóch panów w odblaskowych uniformach taszczy ogromne kosiarki. O dobry Boże… Tak, odpalają je. Tak, do wiertarki dochodzą dwie kosiarki. Sąsiedzi obok otwierają swój balkon. Z ich mieszkania wydobywa się Dzień dobry TVN, podkręcone do maksimum głośności. Wtóruje temu ich pies. Ot, taki zwyczajny poranek.

Czwartek. Mój mały mężczyzna już śpi, przymykam drzwi Jego pokoju i idę do kuchni. Wstawiam wodę na herbatę, myję Jego butelkę, mam taki wspaniały plan na wieczór! Tyle pracy, tyle do zrobienia, poprasuję później troszeczkę, naczynia pozmywam, film obejrzę. W chwili, gdy kończę w myślach rozwodzić się nad swoimi wspaniałymi planami – zaczyna się… Słyszę w oddali otwieranie się drzwi windy. I głosy. Kilka, może nawet kilkanaście. Donośny śmiech, jakiś wulgaryzm się trafi, jakiś mało śmieszny żart. Towarzystwo dociera do drzwi – olaboga, sąsiadujących z naszymi! Po serii dzwonków i pukania, zostają wpuszczeni. Tuż za ścianą naszej salono-kuchni, eksploduje głośna muzyka. Na balkon, sąsiadujący z naszym, wylegają imprezowicze, przez uchylone okno wdziera się dym papierosów i… nie tylko papierosów. Impreza trwa do białego rana, w piątek powtórka, w sobotę to samo. W niedzielę, gdy nad ranem w końcu zapada cisza – dookoła rozlegają się dźwięki odkurzaczy, mikserów, muzyki – taka sąsiedzka zmowa w ramach zemsty na niefrasobliwych mieszkańcach zza tamtych drzwi.

Niedziela. Po sobotnich, cotygodniowych zresztą, rytuałach: odgłosach wszechogarniającego sprzątania, czyszczenia czy pielgrzymkach z naręczami worków, niesionych do kontenerów na śmieci – przychodzi Dzień Schabowego. Od rana albo słychać ich przygotowywanie ( łup-łup-łup! ) albo je czuć – zapachy wydostają się z uchylonych okien i wędrują swobodnie do sąsiednich. Popołudniu otwierają się drzwi, wszyscy wylegają na spacery, zakupy, do bliskich czy kościoła. Co tam kto woli. Lubię w niedzieli zawsze ten błogi spokój – to jedyny dzień, w którym nie myślę o pracy ani się niczym z nią związanym, nie zajmuję. Tak sobie jakiś czas temu postanowiłam i tego się trzymam. Przy niedzieli nie doświadczam też remontowego huku, imprezowych wrażeń czy czegokolwiek im podobnego, co czeka już od poniedziałku. W niedzielę w naszej okolicy trudno o korki, ulice są puste, panuje więc cisza. To zdecydowanie mój ulubiony dzień tygodnia z perspektywy Blokowca.

* * *

Zdarzają się też utrudnienia czy też zakłócenia, które pojawiają się niespodziewanie. Nie ma żadnej zasady co do momentu, w którym za ścianą wybuchnie jakaś awantura, dziecko przepłacze całą noc czy pies będzie wył za nieobecnym właścicielem. Tak naprawdę bardzo trudno jest przewidzieć  każdą ewentualność. Jasnowidz ze mnie raczej marny. Z doświadczenia jednak wiem, że do pewnych rzeczy warto najzwyczajniej w świecie się przyzwyczaić. Połowa osiedla nie przestanie odkurzać w sobotę dlatego, że ja miałam ciężką noc i marzę o ciszy. Sąsiedzi nie przerwą remontu na dwie godziny bo Malutki ma drzemkę. I tak dalej i dalej… Na pewne rzeczy nie mam wpływu i nauczyłam się nimi nie przejmować. Bo jeżeli coś nie jest od nas zależne – szkoda życia na stres tym spowodowany.

Uważam jednak – mimo wszystko – że pewien typ ludzi zwyczajnie nie nadaje się do zamieszkiwania w blokach, kamienicach czy gdziekolwiek, gdzie pod sobą / nad sobą / za ścianą posiada się sąsiadów. Bo jeżeli ktoś nie umie zastosować się do wszechpanujących zasad – zaczyna być to dla wszystkich dookoła strasznie uciążliwe. Bo ileż razy można akceptować rozpalanie grilla tuż pod naszym balkonem mimo zakazu? Bo ileż nocy można nie przespać tylko dlatego, że ktoś urządza sobie każdej z nich karaoke? Bo ileż razy można zaciskać zęby z bezsilności, gdy ktoś znów bezczelnie zajmie nasze miejsce parkingowe?

Nie umiesz stosować się do zasad, żyć w jakiejś społeczności, brać pod uwagę również komfortu innych? Nie potrafisz uszanować ciszy nocnej, zakazów czy ogólnie przyjętych norm? Nie bierzesz pod uwagę tego, że Twój gril na balkonie może zasmrodzić balkony innym? Nie bierzesz pod uwagę, że tabuny Twoich gości na korytarzu, mogą budzić czyjeś dzieci? Nie bierzesz pod uwagę podobnych rzeczy? To głęboko się zastanów, czy warto wydawać pieniądze na mieszkanie. Może lepiej postawić sobie szałas w lesie i w głębokim poważaniu mieć zasady?

PS Musiałam to napisać. Nasze sąsiedztwo od kilku tygodni przekracza wszelkie granice rozsądku, przyzwoitości i – oczywiście – wszelkich osiedlowych zasad. Można by książki o nich pisać. Całe serie książek.

  2 comments for “a Ty? nadajesz się na blokowca?

  1. ~Asia
    29 maja 2016 o 22:03

    U nas mowi sie Blokers :)

  2. ~becky
    26 maja 2016 o 11:38

    Porządni sąsiedzi to teraz rzadkość straszna ;<

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • Twitter
  • Facebook